Marzenie w kropki
Marzenie w kropki

Przetłumacz:

Najpewniej każdy z nas ma jakieś marzenie bądź skryty w głębi cel, który prędzej czy później zamierza zrealizować. W dobie Internetu wędkarze są na to szczególnie podatni, bo zewsząd zalewają ich zdjęcia, artykuły i filmy, w których koledzy po fachu wyciągają niebotyczne ilości bądź rzadkie okazy ryb.

Dla mnie taką magiczną rybą była i dalej jest troć wędrowna. Dla wielu ryba zagadka i choć większość wędkarzy zna rzeki, do których wchodzi, aby odbyć tarło, to zazwyczaj tylko nieliczni mogą pochwalić się kropkowanym trofeum, nie mówiąc już o wielu kontaktach, czy nawet holach.

Kto z nas nie marzył o spotkaniu z rybą życia lub gatunkiem, który zna tylko z opowieści i mediów?
Kto z nas nie marzył o spotkaniu z rybą życia lub gatunkiem, który zna tylko z opowieści i mediów?

Parę lat temu, kiedy jeszcze byłem w liceum, na jednym ze szczupakowych wypadów starszy kolega zaczął opowiadać mi o górskich rzekach nieopodal Szczecina, w których podobno żyją bardzo waleczne i spore ryby, przypływające tam z morza. Choć ani ja, ani on, nie znaliśmy nikogo, kto byłby doświadczony w tego typu połowach, to zdecydowaliśmy, że kiedy już nadejdzie zima, to musimy i my spróbować swoich szans. Po powrocie do domu naprędce zacząłem czytać od góry do dołu wszelkie artykuły, które znalazłem w sieci pod hasłem „troć”. Opisy holi i fotografie bardzo podsycały mój apetyt, który zaraz przygasał po tym, jak czytałem, jakie ilości ludzi co roku przyjeżdżają nad rzeki w poszukiwaniu potarłowych ryb. Dalej było już tylko gorzej, bo podczas kompletowania sprzętu w sklepach wędkarskich bardzo często słyszałem: „Panie, u nas tylu klientów, a tylko co któryś złowił choć jedną trotkę w życiu, a przyjezdni jeżdżą po dziesięć lat nad Inę i nie mieli ni brania”. No cóż, nie należy jednak zawsze wierzyć w to, co mówią w wędkarskich sklepach i trzeba brać to z przymrużeniem oka, co później zrozumiałem.
Kiedy już pod koniec stycznia udało mi się uzbierać pieniądze na sprzęt i zezwolenie, zdecydowałem się zaatakować wraz z trzema kompanami dość popularny i znany odcinek rzeki Iny. Kiedy wesołą gromadą doszliśmy nad rzekę, wszyscy byliśmy osłupieni, gdyż każdy z nas był raczej typem wędkarza jeziorowo-wielkorzecznego. Podmyte, głębokie brzegi na zakrętach, bystrza, warkocze etc. były zdecydowaną nowością. Oni we trójkę dość szybkim tempem obławiali miejsce za miejscem, ja natomiast zostałem nieco z tyłu. Wahadłówką Igora Olejnika starannie obławiałem każdą potencjalną kryjówkę zmęczonego po tarle kelta. Po niemal trzech godzinach wędrówki zrobiliśmy sobie przerwę na ognisko, a ciepła, pyszna kiełbasa prosto z ognia pokrzepiła nasze dusze, dodała siły i wiary na resztę dnia. Jakieś piętnaście minut później ustawiłem się w miejscu przed dużym zakrętem, gdzie Marek ponoć widział spław. Przy trzecim rzucie poczułem szarpnięcie, o którym poinformowałem resztę ekipy, co oni oczywiście skwitowali: „No, no, agresywna trzcina”. No nic, ponowiłem rzut, sprowadziłem wahadłówkę głębiej i powoli zacząłem ją do siebie sprowadzać. Aż nagle: bum! Oddałem rybie mocnym zacięciem i poczułem na kiju solidny ciężar, który po około dwóch minutach tańców na powierzchni Przemek pewnie podebrał. Nogi z waty, serce w gardle… „To troć! Na pierwszym wypadzie!” – nie mogłem uwierzyć. Bacznie oglądałem rybę, jej piękne kropki, niecodzienną płetwę tłuszczową i pokaźną samczą kufę, dzięki której łatwo można odróżnić płeć salmonidów. Na tę chwilę była to najpiękniejsza ryba, jaką widziałem na żywo i spełnienie moich ówczesnych, wędkarskich marzeń. Szczęśliwą przynętę, na którą padła troć, oddałem koledze, który ją podbierał, za co w zamian dostałem jaskrawego, głęboko schodzącego wobka firmy Kenart. Stał się ON bohaterem kolejnych zdarzeń…

Spełnienie marzeń
Spełnienie marzeń

Gdy już wszyscy się ogarnęli, zdecydowaliśmy się pójść dalej. Każdy z nas, jak pod wpływem czarodziejskiej różdżki, z wielką dokładnością i wiarą obławiał rzekę metr za metrem. Ja jednak jeszcze w euforii powolutku dreptałem za pozostałymi. Ostatni podszedłem do obławiania dużego zakrętu na polnym odcinku, gdzie przy moim brzegu był głęboki, wymyty dołek, a z drugiej strony rzeka wylała kawałek na trawę (było to dość charakterystyczne miejsce, bo stała tam nieopodal duża opona). Swój pierwszy rzut w miejscówce oddałem właśnie tam, wobler zahaczył delikatnie o trawę i zaczął wchodzić w nurt. Po dosłownie paru ruchach korbką nastąpiło mocne branie – pewne zacięcie i na końcu zestawu zamelodowała się druga upragniona troć. Była to chwila z kategorii niepowtarzalnych (jak mi się wówczas wydawało) i postanowiłem zagrać w lotto zaraz po powrocie do domu. Z tą rybą było już jednak trochę zabawy, bo staliśmy na wysokim brzegu, a nikt nie miał podbieraka z długą sztycą. Jednak po jakimś czasie zmęczoną rybę udało się wyholować kawałek obok, gdzie ten sam kolega, co wcześniej, wyciągnął zdobycz. Towarzysze przestali się do mnie niemal odzywać, bo było to tak mało prawdopodobne zjawisko – złowić komplet troci na pierwszym wypadzie w życiu! Bajka!

Tego dnia nie mieliśmy już więcej szczęścia, ale spotkaliśmy wielu wędkarzy, spośród których niektórzy mieli kontakty z rybami, co oznacza, że był to naprawdę dobry dzień. Tydzień później znów wybraliśmy się nad ten sam odcinek, tylko że z drugiej strony rzeki i w okrojonym składzie. Możecie wierzyć, lub nie… ale na drugim wypadzie znów udało mi się wyholować dwie ładne ryby. Ostatniej, koledzy nawet nie chcieli mi podebrać! Do dziś się z tego śmiejemy, bo oczywiście po chwili marudzenia uzyskałem ich fachową pomoc, choć mało zabrakło, a zostawiliby mnie nad rzeką.
Po owych dwóch wypadach stwierdziłem, że ludzie chyba opowiadają jakieś bzdury, że z tymi trociami to tak trudno. Życie jednak postanowiło dać mi sporą nauczkę i dopiero później zrozumiałem tak popularne maksymy m. in. o tym, że chyba nie ma ryb równie dobrze uczących pokory, co właśnie te kropkowane, wędrowne skubańce. Przez kolejny rok zawsze wracałem o kiju, lecz na moje szczęście co jakiś czas mogłem brać udział w podbieraniu i przeżywać ze znajomymi wiele emocjonujących akcji.
Dziś nabrałem już trochę doświadczenia, trochę innego podejścia, a już na pewno przełknąłem sporą dawkę pokory. Ba! Nawet udało mi się przekonać do używania gum na górskich rzekach. Z czasem doszedłem też do wniosku, że faktycznie „swoje nad wodą trzeba wychodzić”, a najwięcej możemy wyciągnąć z własnych doświadczeń i obserwacji. Należy mocno ważyć słowa i wiedzą dzielić się tylko z odpowiednimi ludźmi. Nic, ani nikt nie nauczy nas tyle, co samo przebywanie nad rzeką.

Pięknie zassany gumiś
Pięknie zassany gumiś

Klimat zimowego łowienia jest niepowtarzalny, kiełbasa z ogniska nigdzie nie smakuje tak dobrze, a obserwacja ożywającej przyrody, kiedy już czuć zbliżającą się wiosnę, dodaje sił witalnych i napawa optymizmem na resztę sezonu. Choć nie lubię tego mówić i rzadko się z tym zgadzam, to ryby na tych wypadach są często tylko dodatkiem do całej otoczki. Gorąco zachęcam do spróbowania i spełniajcie swoje wędkarskie marzenia!


Najgorszy możliwy przyłów, który przyprawia o "mini-zawał"
Najgorszy możliwy przyłów, który przyprawia o "mini-zawał"

Skomentuj