Dzień w wędkarskim raju
Dzień w wędkarskim raju

Przetłumacz:

Jestem Karolina Ratajczak. Mieszkam w małej miejscowości pod Poznaniem. Większość wolnego czasu spędzam na łonie natury z wędką w dłoni. Na początku swojej przygody łowiłam na spławik, jednak po złowieniu pierwszego okonia zakochałam się w spinningu i pasiastych drapieżnikach.

Średnia ocen:

Wędkarstwem zaraziłam się dwa lata temu, kiedy zauważyłam, jak wiele radości sprawia mi przebywanie na łonie natury. Wtedy zdałam sobie sprawę, że wędkarstwo to sport nie tylko dla starszych panów spragnionych rybiego mięsa i postanowiłam złamać te stereotypy. Wędkarstwo umożliwia stałe odkrywanie otaczającego mnie świata, kolekcjonowanie wyjątkowych wspomnień i emocji, a także poznawanie nowych ludzi.

Dzięki tej pasji jestem po prostu szczęśliwa i spełniona. Nie ma słów, które byłyby w stanie opisać uczucia, jakie towarzyszą mi podczas obserwacji natury. Tego trzeba doznać empirycznie! Każdy wschód, zachód słońca, zapach deszczu, unosząca się nad wodą mgła o poranku, czy chociażby widok żerujących okoni sprawiają, że czuję się najszczęśliwszym człowiekiem na Ziemi. Możliwość bycia blisko natury, ciągłe odkrywanie jej tajemnic jest dla mnie fascynujące. Z każdą wyprawą jestem coraz bardziej spragniona przygód i emocji, jakich można doświadczyć tylko nad wodą.

Drobny przyłów podczas tropienia okoni.
Drobny przyłów podczas tropienia okoni.

Ta niedziela
Pewną wyjątkową czerwcową niedzielę spędziłam nad urokliwym jeziorem położonym około 30 kilometrów od stolicy Wielkopolski. Pojechałam w poszukiwaniu drapieżników razem z Marcinem Hyjkiem i Karolem Purczyńskim. Poganiani promieniami wschodzącego słońca wypłynęliśmy wczesnym rankiem na gładką taflę jeziora. Gatunkiem, na który nastawiłam się tego dnia, były moje ulubione garbuski.
Zatrzymaliśmy się na pierwszej miejscówce w pobliżu wyspy, których na tym jeziorze nie brakuje. Wybraliśmy to miejsce ze względu na duże stado oczkującej przy samej powierzchni wody drobnicy, która w popłochu wyskakiwała nad taflę wody oraz obiecujące zapisy na ekranie echosondy. Dno w tym miejscu było twarde, pokryte kamieniami, z dużą ilością zatopionych drzew i zwisających po samą taflę wody gałęzi. Była to miejscówka wręcz idealna – zalegające na dnie kamienie, patyki, a także obecność pokarmu drapieżników, czyli drobnicy. Właśnie w tym miejscu doświadczyliśmy miłego zaskoczenia - trafiliśmy wręcz idealnie w czas i miejsce. Bez chwili wahania wykonałam pierwszy rzut pięciocentymetrowym ripperem uzbrojonym w lekką główkę jigową między wystające nad wodę kamienie przy wyspie. Powolny opad, podwójne podbicie, skręcenie luzu, zdecydowane uderzenie i na naszym pokładzie melduje się pierwszy okoń, za którym przypływa pod samą burtę całe stado głodnych pasiaków! Wiedziałam, że trafiliśmy w czas i miejsce. Kontakt z rybą pojawiał się w niemal każdym rzucie, a odprowadzające pod samą łódkę stada garbusów chętnie atakowały wszystko, co znalazło się na ich drodze. Podwójne, a nawet potrójne hole pięknych okoni przerywały nam sumy, a raczej sumiki, sandaczyki, a nawet krąpik i leszczyk! Pogryzione okoniową tarką przynęty regularnie traciły ogonki, a moje ręce powoli odmawiały posłuszeństwa na skutek licznych holi. Wkrótce jednak chlapiąca przy powierzchni wody drobnica zniknęła, a wraz z nią drapieżniki i brania.

Piękny, łakomy garbusek.
Piękny, łakomy garbusek.

Zmiana miejscówki
Słońce było już wysoko ponad horyzontem, temperatura wzrastała dość gwałtownie, a wiatr subtelnie marszczył taflę wody. Postanowiłam poszukać ryb na kamienistych stokach podwodnych górek. Po napłynięciu na miejscówkę na ekranie echosondy pojawił się obiecujący zapis skupiska drobnicy, pod którą czatowały najpewniej drapieżniki pilnujące stołówki. Zakotwiczyliśmy za jednym ze stoków w znacznej odległości od miejscówki, aby nie spłoszyć ryb. Znów okonie wyginały szczytówki naszych wędzisk przez dłuższą chwilę, jednak brania były już mniej zdecydowane. Hole nawet niewielkich garbusów na wędce do siedmiu gramów to bardzo emocjonujące doświadczenie. Skuteczność moich holi na miękkim kiju była na poziomie niemal 100%. Marcin i Karol z kolei łowili na zestawy sandaczowe, przez co zaliczyli zdecydowanie więcej spadów ode mnie. Kiedy już obłowiliśmy tę miejscówkę, zrobiło się spokojnie.

Tego dnia cała ekipa miała powody do zadowolenia.
Tego dnia cała ekipa miała powody do zadowolenia.

Złoty strzał
Ryby były niemrawe, brały bardzo delikatnie, chętnie zjadały jedynie ogonki naszych przynęt. Każdy z nas kombinował na swój sposób – różne techniki prowadzenia oraz modele przynęt w najróżniejszych wariantach kolorystycznych i wielkościach wkroczyły do akcji. Postanowiłam łowić trochę agresywniej mając nadzieję na sprowokowanie do ataku większego okonia lub sandacza. Zmieniłam zestaw na mocniejszy, a na mojej agrafce znalazła się ośmiocentymetrowa imitacja szprotki, czyli shprota marki Narval uzbrojona w dziesięciogramową główkę jigową. To ona otworzyła na nowo przed nami tę wodę! Jej specyficzna, subtelniejsza i bardziej migotliwa niż pozostałe przynęty praca była tym, czego ryby potrzebowały. Znów zaczęło się El Dorado! Hole pięknie wygarbionych okoni, a także pojedyncze szczupaki nakręcały nas do dalszego łowienia i kombinowania z rozmiarem, kolorem i obciążeniem naszych przynęt. Każdy z nas łowił, dopóki ryby nie zdezelowały kompletnie naszych szprotek, których mieliśmy tylko paczkę, czyli pięć sztuk. Oprócz okoni i sandaczy udało mi się złowić przyzwoitych rozmiarów szczupaka. To były emocje, których nie sposób opisać, szczególnie że ryba okazała się nadzwyczaj chętna do wykonania kilku skoków ponad powierzchnię wody, a ja łowiłam bez przyponu. Potem jeszcze dołowiliśmy kilkanaście okoni, a gdy brania ustały, podekscytowani wynikami postanowiliśmy wrócić jeszcze raz na naszą wcześniejszą, sprawdzoną rankiem miejscówkę z nadzieją na powtórkę. Nie myliliśmy się – zapisy na echosondzie potwierdziły nasze przypuszczenia, jednak ryb było zdecydowanie mniej.

Wśród okoni trafił się też przyzwoity szczupak.
Wśród okoni trafił się też przyzwoity szczupak.

Idealny dzień
Po całym dniu spędzonym na wodzie, z wyraźnie odznaczonymi na biało okularami polaryzacyjnymi na naszych czerwonych od promieni słonecznych twarzach, postanowiliśmy zakończyć wyprawę. Podczas spływania do brzegu, uśmiechy nie znikały nam z twarzy, a dyskusji na temat minionych wydarzeń nie było końca. Czułam, że byłam w wędkarskim raju – ryby może pod względem wielkości nie były na rekord świata, ale to schodzi na najdalszy plan, gdy potrafimy dostrzec otaczające nas piękno i czerpać dziecięcą radość z małego okonka, a nawet z delikatnego, sandaczowego pstryknięcia. Ten dzień był naprawdę bardzo udany, byłam zadowolona i szczęśliwa, że udało mi się tak połowić (może nawet trochę zawstydziłam chłopaków), szczególnie że byłam nad tym jeziorem pierwszy raz w życiu! Ostatecznie na naszym wspólnym koncie pojawiło się ponad dwieście ryb, z czego większość stanowiły moje ukochane okonie. Ponadto na pokładzie były sumy, szczupaki, sandacze, leszcz, a nawet krąp! Wszystkie złowione przez nas ryby wróciły do wody w dobrej kondycji. To był naprawdę udany dzień! Marcin, Karol - dziękuję za świetną atmosferę! Oby jak najwięcej takich chwil nad wodą w towarzystwie najbliższych, czego sobie i wam życzę!

Okoń z jednym z killerów w pysku.
Okoń z jednym z killerów w pysku.

Skomentuj