Odrzański sen

Przetłumacz:

Są takie chwile w życiu każdego wędkarza, które pamięta do końca swego życia. Często takie momenty są poprzedzone jakimś dodatkowym zamysłem, wędkarską intuicją, czymś, co w głębi serducha mówi mu, że dzisiejszy wypad będzie ponadczasowy.

Średnia ocen:

Uważam, że ten sezon był wyjątkowo udany. W zasadzie tylko kilka nocy było pustych. Był jednak udany nie tylko ze względu na ilość ryb wyjętych na brzeg. Przede wszystkim na swoich szkoleniach poznałem wielu pozytywnie zakręconych ludzi, którzy dzisiaj zaczynają łowić sumy świadomie. To właśnie na wielu wyjazdach szkoleniowych nie tylko ja mogłem spełnić swoje wędkarskie marzenie.

Jednym z takich był wrześniowy spontaniczny wyjazd na nockę. Nad wodą byłem umówiony z Bartkiem i Łukaszem, którzy posiadają już pewną wiedzę, więc celem było tylko typowanie wrześniowych met na Odrze. Dojechać mieli do nas moi koledzy Tomek i Łukasz, którzy rozstawili swoje stanowisko kilkadziesiąt metrów dalej, idąc w górę rzeki. Woda na radarach pokazywała trend rosnący, co dobrze rokowało. Jedyny problem był w tym, jak szybko do nas woda przyjdzie i jak szybko opadnie.

Kije już przygotowane. Jeszcze nie wiedzą co czeka je tej nocy...

Nie zastanawiając się, zaczęliśmy wywozić zestawy. W ruch poszły klasycznie podwodne spławiki i podwiązki. Na pierwsze branie nie trzeba było długo czekać. Ryba zgarniała żywca z metrowej rynienki. Na oko strzelaliśmy w miarę 190 cm. Kaban leciał na bezpieczną smycz, stawialiśmy ponownie zestaw. Kilka minut później dostałem wiadomość od Tomka: mamy byka. Noc zapowiadała się ciekawie, tym bardziej że w zasadzie się nawet dobrze nie zaczęła.

Hol jednego suma nigdy nie jest prosty, a dwóch w tym samym czasie...

Około godziny 21.00 na postawionym odciągu w górę rzeki był strzał. Wszedłem z Łukaszem na łódź, żeby wyprowadzić rybę z klatki. Kiedy odbiliśmy od brzegu, w tym samym momencie na kiju, postawionym w dół rzeki, zagrał dzwonek. Odwróciłem głowę, a White Delux o długości 320 cm kładł się powoli ku wodzie. Bartek dobiegł do kija i zacinał jak w beton. Sytuacja była na tyle poważna, że w obu wypadkach trzeba było płynąć po ryby. W mojej głowie zapadła szybką decyzja. Łukasz musiał wyprowadzić szybko pierwszą rybę na środek rzeki. W tym momencie zacząłem cofać się do brzegu, żeby na pokład mógł wejść Bartek. Łukasz został na brzegu, walcząc z rybą, a my z Bartoszem spływaliśmy w dół rzeki do ryby. Noc była strasznie ciemna. Zapaliłem więc halogeny dziobowe. Ryba stała w środku wartkiego nurtu. Już wtedy wiedziałem, że to będzie byk. Średnie ryby tak się nie zachowują. Z reguły spływają z prądem rzeki, od czasu do czasu wchodząc między klatki główek. Nasz przeciwnik zachowywał się odwrotnie. Stawał w korycie, po czym powoli płynął w górę rzeki. Kij wygięty był do granic możliwości. Szczerze mówiąc byłem trochę zdziwiony i przerażony tym, co jest na drugim końcu wędziska. Po kilku minutach holu okazało się, że ryba jest wielka, ale w walce pomagał jej kamień, który wisiał dalej na zestawie. Zrywka nie pękła. Kamień udało się nam zrzucić, a chwilę później kaban wylądował na pokładzie lodzi. Podobny do pierwszego, ale dużo grubszy.

Wygląda na to, że obaj mieli męczącą noc pełną wrażeń.

Wróciliśmy szybko do Łukasza, nie wiedzieliśmy, co się u niego dzieje i czy udało mu się wyjąć rybę. Okazało się, że czekał z wąsaczem na brzegu. Trochę mniejszym. Radość ogromna! Mieliśmy trzy kabany, a noc dopiero się zaczęła. Wysłałem informację do Tomka i Rafała. U nich też był kolejny kaban. Mieliśmy już pięć klamotów, które grzecznie odpoczywały na smyczach. Do godziny 1.00 w nocy udało się złowić czwartą rybę, niestety miała około 130 cm. Tomek z Rafałem złowili trzeciego misiaczka.

Jedni pływają z delfinami, a inni z sumami...

Od tego momentu woda zaczęła raptownie opadać. Wiedziałem już, że to będzie koniec eldorado. Nie myliłem się. Do 6.00 rano nie było nawet dotknięcia żywców. Rano popłynąłem kawałek w górę rzeki łodzią, by pomóc im spłynąć do nas z rybami. Szybka akcja i piękne, trzy klamoty leżały bezpiecznie w mojej łodzi. Spłynęliśmy do naszego obozowiska, gdzie na macie czekały trzy kolejne grube ryby. Powiem szczerze, nie sądziłem, że w Polsce jesteśmy w stanie zrobić tak dobry wynik, którymi z reguły chwalą się nasi sąsiedzi z zachodu Europy. Szybka i w pełni bezpieczna sesja fotograficzna z rybami w wodzie i zwróciliśmy olbrzymom wolność. I to był najpiękniejszy moment tego wyjazdu – móc patrzeć na kumpli przybijających sobie piątki, a w tle widzieć odpływające z gracją sumy. Mam nadzieję, że każdy sumiarz, który oddał tej pasji całe swoje serce, będzie miał okazję przeżyć taką przygodę nad wodą.

Efekty niczym na hiszpańskiej rzece, dlatego dumne miny jak najbardziej zasłużone.

Skomentuj