Zawody karpiowe w pojedynkę
Zawody karpiowe w pojedynkę

Przetłumacz:

Zawody karpiowe rozgrywane w pojedynkę wymagają większego wysiłku i przygotowania. Często o zwycięstwie lub porażce decydują niuanse. Niuanse, które rozgrywając się w naszej głowie decydują o tym czy końcową rywalizację ukończymy z tarczą, czy na tarczy.

Średnia ocen:

Jakiś czas temu wziąłem udział w zawodach rzutowych nad bardzo sympatycznym, aczkolwiek małym zbiorniku Carp Team Maniak. Specyfika łowiska nie pozwala na oddawanie ekstremalnie dalekich rzutów. Niektóre stanowiska mogą sobie pozwolić na rzut max 80 m, ale zazwyczaj łowi się do 60 m względem ustawionych markerów na wodzie. Regulamin łowiska, a tym samym każdych zawodów tam odbywających się jest typowo rzutowy.

Doskonale to wpływa na przyzwyczajenia pływających tam ryb. Nie boją się hałasów spombów, a wręcz na ich dźwięk chętniej się uaktywniają.
Zawody, o których chcę napisać odbyły się w drugiej połowie sierpnia. Organizator każdych zawodów jest w stanie przygotować się do tego typu wydarzenia pod każdym względem, za wyjątkiem jednego - pogody, na którą nikt z nas nie ma wpływu. Pozytywnym aspektem tego czynnika jest to, iż wszyscy nad wodą są pod takim samym jej wpływem. W zawodach tych wystartowałem sam, ze względu na niemożność uczestnictwa w nich kolegów z teamu, którym zaproponowałem udział ze mną w parze. Nie nalegałem dwa razy, nie przekonywałem. Postanowiłem przyjąć wyzwanie i stawić samotnie czoła innym zespołom, które zapisały się na uczestnictwo w tym wydarzeniu. Jak zwykle przy okazji każdych zawodów, najbardziej emocjonujące jest losowanie. Tym razem do losowania podchodziłem wcześniej w kolejności i przypadło mi w udziale stanowisko nr 3, które nie napawało optymizmem, gdyż na ostatnich zawodach ekipa tam stacjonująca złowiła tylko jedną rybę do klasyfikacji generalnej. Zgodnie z regulaminem do wagi liczyły się wszystkie karpie i amury, powyżej 5 kg. Taktyka, którą założyłem sobie na czas zawodów opierała się na szybkim, sportowym łowieniu z użyciem serii Victory z Invadera. Taki klasyczny, wschodni styl, którego uczyłem się od kolegów z Ukrainy. Jako że posiadam tripoda na 3 wędki, postanowiłem łowić tylko na 3 kije, mimo tego iż organizator dopuścił do użytku aż 4 równouprawnione wędki dla samotnych zawodników, jak pozostałe uczestniczące zespoły. Podobno od przybytku głowa nie boli, lecz nie chciałem sprawiać sobie zbyt wiele pracy na małym obszarze łowienia.

Stanowisko pracy gotowe do akcji!
Stanowisko pracy gotowe do akcji!

Po udaniu się na swoje stanowisko, już wiedziałem, że nie będzie łatwo, gdyż po prawej stronie miałem sąsiadów regularnie startujących w zawodach rzutowych w całej Polsce i znających ten zbiornik perfekcyjnie. Natomiast po mojej lewej sąsiadem okazał się właściciel łowiska, znający topografię każdego stanowiska jak własną kieszeń. No cóż, tanio skóry nie sprzedam pomyślałem, lecz od razu przypomniałem sobie poprzednie zawody i efekt ryb wyciągniętych z mojego stanowiska. Nie poprawiło mi to humoru.
Zacząłem jak zwykle od sondowania dna za pomocą markera i rozrysowaniu mapy łowiska. Zbiornik ten ma fajną i urozmaiconą strukturę dna, co stwarza wiele możliwości położenia zestawów i typowania obiecujących miejscówek. Byleby trafić w dziesiątkę. Później przystąpiłem do urządzania stanowiska i rozkładania niezbędnych klamotów, pozwalających przetrwać następne parę dni. Dlaczego przetrwać? Pogoda była ekstremalna, upał dochodzący do 33 st. w cieniu, słaby wiatr, a za dwa dni zapowiadano gwałtowne burze i ulewy. No cóż, byleby ryby brały, myślałem wtedy.
Stanowiska na tym zbiorniku zbudowane są na jednym brzegu w postaci tzw. wnęk ze skarpami. Miejscówki te wysypane są drobnymi kamieniami, lecz cały teren wokół jest typowo gliniasty, ponieważ w okolicy znajdują się czynne wyrobiska żwiru. Kiedy deszcz nie pada, trudno wbić chociażby śledzia od namiotu, a kiedy leje, wówczas wszystko płynie w gliniastym potoku. Jakby powiedział ktoś starszy, czyli Ja - „Jak nie urok, to sraczka”.

Rozrysowanie mapy łowiska jest bardzo istotne!
Rozrysowanie mapy łowiska jest bardzo istotne!

Zanętę na dobę łowienia przygotowałem jak dla 2 osób i na 4 wędki. Od godziny 12-tej można było już ją wrzucać do wody, a od godziny 14-tej rozpoczęło się łowienie. Pierwsze branie nastąpiło po 5 minutach od wrzucenia zestawów do wody. Niestety był to jesiotr, później złowiłem kilka karpi nie do wagi, lina itd. Coś się działo, lecz nie o to chodziło, aby jakieś inne gatunki tępiły mi haczyki.
Słońce w zenicie, ciągły bieg do wędek, na dół ze skarpy, hole, podbieranie, później wychodzenie na skarpę, odmierzanie odległości na kijkach, ponowne zejście, zarzucania wędek, zanęcanie itd. Monotonia i nieprzerwana praca. Rozpoczęło się regularne żerowanie w mojej miejscówce, lecz póki co pracował tylko jeden kij. Jedno miejsce dobrze wytypowałem, później przyjdzie czas na korektę pozostałych. Niestety nie ustrzegłem się błędu „młodego nowicjusza”. W tym całym rozemocjonowanym szale brań, nie zabezpieczyłem się przed słońcem i już wieczorem odczuwałem tego skutki na całym ciele. Plecy oraz ramiona paliły żarem i stwarzały dyskomfort ruchów. Już miałem przed oczami domowe ”Spa” w maślance następnego dnia. Nie przejmowałem się tym jednak za bardzo widząc efekty wieczornego ważenia i mojej przewagi nad pozostałymi zespołami.

Podbieranie z brzegu było bardzo uciążliwe
Podbieranie z brzegu było bardzo uciążliwe

Następny dzień, to było jakby dołożenie przez Heliosa do już i tak rozgrzanego na maxa pieca. Niemiłosierny upał, żar lejący się z nieba, spowodował, iż musiałem zabezpieczyć ciało ubraniem oddychającym z długim rękawem i czapką zakrywającą nie tylko głowę, ale i kark. Brania nie ustawały zarówno w dzień, jak i w nocy. Zauważyłem jednak, iż sąsiedzi nie przyjechali na wypoczynek, lecz od razu z założeniem walki o najwyższe lokaty. Pobudka na sygnał o 5 rano, rozpoczęcie spombowania, przerzucania zestawów i łowienie, także typowo sportowe w iście wschodnim stylu. Widać, że ktoś robi progres i jeździ po zawodach, pomyślałem obserwując poczynania rywali z sąsiedniego stanowiska. Wiedziałem, że nie będzie łatwo. Kolejny dzień był morderczy i męczący. Uruchomiła mi się druga wędka i teraz miałem już brania regularne z dwóch miejscówek. Nawet kilka razy symultaniczne. Niestety topografia stanowiska, uniemożliwiała lekkie podbieranie ryb samemu z wykorzystaniem długiej wędki. Po kilku spinkach przy samym podbieraku, postanowiłem wchodzić do wody po każdą większą rybę, jeśli tylko oceniłem iż nadaje się do wagi. Czasami brakowało nawet 2 gramów aby zmieścić się w limicie 5 kg podczas ważenia. Niestety taki był regulamin i trzeba było akceptować ustalone reguły. Sąsiedzi z prawej pracowali cały dzień na dobry wynik i szacowałem iż idziemy łeb w łeb. Oni obserwowali cały czas moje poczynania, a ja nasłuchiwałem co się dzieje w ich obozowisku. Szliśmy ryba w rybę. Niestety konkurentom holowanie i podbieranie szło trochę sprawniej, gdyż działali we dwójkę jak naoliwiona maszyna, a mnie po kolejnym upalnym dniu zaczynało brakować paliwa. Piłem tylko płyny, mało jadłem przez niemiłosierny upał. Na innych stanowiskach pojedyncze brania, tylko w naszych sektorach ulokowanych na środku zbiornika, jakby panował inny świat – branie za braniem, na zmianę lub równocześnie , pracowały tylko stanowiska nr 3 i nr 4.

Jeden z wielu karpi do wagi
Jeden z wielu karpi do wagi

Wieczorem nie mogłem już ustać na nogach, bolały mnie plecy od nęcenia, kręgosłup wołał o kilka chwil sam na sam z wyrkiem. Nie czułem się dobrze. Powoli docierało do mnie, że w takim tempie nie dotrwam do końca zawodów. Dla mnie mogłyby się skończyć właśnie w tamtym momencie, gdyż prowadziłem w generalnej klasyfikacji i miałem na ten czas big fisha zawodów. Fizycznie czułem się jednak fatalnie po ciężkim dniu morderczej pracy. Brakowało mi już nawet karpiowego ekwipunku. Nie miałem czasu na zrobienie nowych PVA, a te przygotowane przed zawodami, skończyły się. Przypony także kończyły się w zastraszającym tempie, bo nie zakładałem iż będę ich aż tyle potrzebował. Nie miałem czasu na nic, na jedzenie, ubikację, uzupełnianie karpiowych zapasów. Nawet idąc po posiłek pod wiatę, musiałem porzucić spacer i wracać szybko do brania. Cały dzień w upalnym słońcu spędzonym przy wędkach. Wieczorem, kiedy byłem w odwiedzinach u sąsiadów, nie mogłem nawet ustać na nogach, bo kręgosłup nie pozwalał zachować pionu i musiałem jak stary dziad usiąść na krześle i odciążyć chociaż na moment nadwyrężone plecy. Wtedy też, koledzy ze stanowiska nr 4 wyłowili Big fisha zawodów – karpia o masie prawie 15 kg. Tutaj nadmienię tylko, iż zbiornik jest zarybiony w największej ilości karpiem o masie 3-8 kg. Pływa tam jednak parę rodzynków powyżej 10 kg, oraz kilka amurów kilkunastokilogramowych, wraz z jednym 20+.

Kończące się w zastraszającym tempie siateczki PVA
Kończące się w zastraszającym tempie siateczki PVA

Wtedy wiedziałem, już że Big fish zawodów został przydzielony. Pozostała mi tylko walka o najwyższe miejsce na podium. Przed zmrużeniem oczu, najrozmaitsze myśli kołatały mi się w głowie. Albo poddaję się ze względu na wykończenie organizmu, albo walczę do końca bez względu na wszystko. Musiałem jednak zmienić taktykę, aby dobrać się do tych większych karpi. Wylazłem z wyrka i przerzuciłem trzecią wędkę instynktownie w miejsce dosyć głębokie, lecz czyściutkie na dnie. Założyłem też inną przynętę i zestaw końcowy. Pomyślałem - może się uda?
Po północy branie właśnie z tej wędki i jest karp do wagi. Pół godziny po przerzuceniu, następny. Cieszę się, że w końcu odpaliły wszystkie kije i pracują w wodzie tak jak powinny. Przed wejściem do śpiwora zerkam na radar pogodowy i widzę, iż ma zacząć padać od 2 –ej w nocy. Wziąłem się więc za pakowanie wszystkich rzeczy pod namiot i do samochodu, wbijanie śledzi i zabezpieczanie obozowiska. Sąsiedzi nie spali, czuwali przy wędkach i także cały czas doławiali ryby. Dostali wiatr w żagle łowiąc big fisha i szli po całkowitą dominację.
Zgodnie z pogodową zapowiedzią zaczął padać deszcz. Ślisko się zrobiło i niestety wypady z namiotu do nocnych brań spowodowały, iż zaliczyłem dwa ślizgi po skarpie na sam dół, wybijając sobie przy okazji nerki, zdzierając plecy i przedramiona. Leżąc na glebie walczyłem z myślami, czy warto wstawać i dalej łowić? Cały obalały podnosiłem się z kamieni i zacinając wędkę holowałem kolejnego karpia wiedząc, iż bardzo szybko tracę sprawność fizyczną.

Big Fish na sąsiednim stanowisku
Big Fish na sąsiednim stanowisku

Rano czułem się jak po walkach w klatce. Bolało mnie prawie wszystko, a słyszalne wyładowania atmosferyczne w oddali nie nastrajały optymistycznie. No cóż, łowić trzeba dalej pomimo kiepskiego nastroju i kondycji fizycznej. Przelotne ulewy, dały mi jeszcze bardziej w kość. Brania jak na złość następowały tuż przed rozpoczynającym się prysznicem z nieba i lało aż do położenia karpia na macie lub spinki. Haczyki zacząłem ostrzyć własnym sposobem, zamiast wymieniać, gdyż nie było czasu na wiązanie nowych przyponów. Jednak jak się później okazało, to sąsiedzi w sobotę mieli swój dzień. Zabrakło im worków do ważenia i mieli zapełnione wszystko, wraz z pożyczonymi workami i wypełnionymi podbierakami z rybami czekającym na wieczorne ważenie. Ja także miałem wszystkie worki zajęte po całym dniu intensywnego łowienia, lecz nie w takiej ilości jak rywale. W ciągu dnia nastąpił też atak na big fisha na jednym ze stanowisk ulokowanych naprzeciw nas. Jak się okazało podczas ważenia, zabrakło kilograma, aby ten atak okazał się skuteczny. Był to jednak dobry prognostyk do tego, iż te większe karpie też zaczęły żerować pomimo ekstremalnej pogody.
Podczas wieczornego ważenia towarzyszyłem kolegom z czwórki, obserwując niekończący się proces wyjmowania worków z wody. Wtedy pojawił się u mnie pojedynczy pik na centralce. Udałem się pospiesznie na swoją miejscówkę i zobaczyłem, że na jednym z kijów hanger przykleił się do sygnalizatora i stoi w miejscu. Postanowiłem zaciąć i przerzucić i tak tę wędkę, gdyż od dłuższego czasu nie wykazywała aktywności. Jednak coś tam się zahaczyło na końcu zestawu, bo widzę iż ryba idzie mocno w bok. Niestety lekki hol i parkowanie w trzcinach przy moim brzegu zmusza mnie do wejścia do wody, aby nie zerwać zestawu. Myślę sobie, że kolejny karp koi lub jakiś lin się uwiesił, bo hol bardzo przypominał zachowania tych gatunków. Wtedy ryba odchodzi od trzcin i widzę dużą smugę na tafli wody. Pomyślałem sobie, że to jakiś wąż lub długi karp taki jak te w rzekach bywają. Podciągam wędkę wyżej, chcąc ustalić co mam na końcu haczyka i widzę wielkiego amura. O kur… - pomyślałem sobie, nie mam szans sam w wodzie z takim kolosem. O dziwo spokój, opanowanie i doświadczenie nabyte w holowaniu na tej wodzie, pozwala mi dosyć sprawnie wprowadzić tę torpedę do wnętrza podbieraka. Kosz podbieraka mam jednak typowo sportowy z małą średnica, lecz długą, i mocną siatką. Amur się przełamał, wpadł ładnie do wnętrza, lecz zorientowawszy się iż jest w pułapce, wyskoczył z wody jak rakieta wystrzelona z łodzi podwodnej. Był to widowiskowy pokaz, lecz siatka utrzymała go na miejscu i mogłem powoli przesuwać się w stronę brzegu wydając z siebie okrzyk radości. Słyszalny prawdopodobnie w pobliskiej wsi, gdyż na moment przyciszyli nawet dożynkowe hałasy. Parę sekund później na moją miejscówkę zbiegli się chyba wszyscy z całego łowiska i mogliśmy wspólnie podziwiać pięknego amura w całej okazałości. Waga jego wskazała na prawie 17,5 kg i był to mój personalny rekord amura. W euforii i wzniosłości chwili pozwoliłem sobie nawet na sesje zdjęciową z wiaderkiem wody lanym na głowę.

Amurowe PB na zawodach koniecznie z wodą na głowie
Amurowe PB na zawodach koniecznie z wodą na głowie

Dostałem od tamtego momentu nowych sił, lecz niestety ponad 2 doby ciągłej pracy, dzień i noc dawały się coraz mocniej we znaki. Już nie mogłem nawet się sprawnie poruszać, a co tu mówić o bieganiu do brań po skarpie, wskakiwaniu do wody, holowaniu, przerzucaniu i zanęcaniu. Przypominałem sobie wtedy rozmowy z kolegą z Ukrainy, który mówił często, iż jeśli chce się sprawdzić swój charakter sportowca, to należy wziąć udział w zawodach typu „sam w polu”. Kiedy jesteś sam na sam z wodą, tylko twoja taktyka i twoje słabości są w stanie cię pokonać, wychodzi wtedy na wierzch, co jesteś wart. Nockę spędziłem znowu na intensywnym łowieniu, sąsiedzi jednak też nie próżnowali. Nad ranem ostatniego dnia, czułem się trochę lepiej, ale postanowiłem nęcić już tylko z kobry kulkami i liczyć na te większe karpie. Byłem przekonany, iż wyrobiona przewaga rywali z poprzedniego dnia jest nie do odrobienia. Gdybym jednak wtedy znał realny wynik, może bardziej bym się przyłożył? Może bym jeszcze wykrzesał z siebie dodatkowe iskry energii? Tego nie wiem. Wiem jednak tyle, iż wtedy walczyłem z samym sobą, aby wytrwać do końca z jak najlepszym wynikiem, wiedząc iż mam bezpieczną przewagę nad pozostałymi zespołami. Mogłem odpuścić, ale chciałem zakończyć zawody z jak najlepszym rezultatem, pokazując iż tytuł V-ce Mistrza Europy Wschodniej nie jest dziełem przypadku. Do porannego ważenia zabrakło mi znowu worków i musiałem pożyczać od sąsiadów. Niestety dwóm karpiom ponownie zabrakło paru gramów do wagi. Takie życie.
Zawody zakończyły się zgodnie z planem. Pakując graty, czułem się jak wypluty przez wyżymarkę. Bolał mnie każdy mięsień, od łydek aż po przedramiona. Palce u rąk nie chciały się zginąć jak powinny, całe ciało pokąsane przez owady swędziało niemiłosiernie. Stopy odparzone przez ciągły kontakt z wodą, gumowymi klapkami i słońcem. Cieszyłem się że to już koniec, lecz jednocześnie czułem niedosyt, iż mogłem zrobić coś więcej. Ogłoszenie wyników, dało mi wiele do myślenia. Rywalizację zakończyłem z wynikiem 199,86 kg, łowiąc 32 ryby. Zabrakło tylko lub aż 12 kg, aby być na 1-szym miejscu! Doceniam jednak i cieszę się, iż miałem za przeciwników dobrych zawodników, którzy walczyli do samego końca. Postawili sobie i mnie jednocześnie wysoko poprzeczkę. Spowodowali, iż te zawody nie były lekkim, weekendowym spacerkiem, a heroiczną i ciężką walką o każdy kilogram, czy nawet gram ryby.

 

Rozdanie nagród
Rozdanie nagród

Czułem się jak Leonidas pod Termopilami, który stawiał dzielnie opór przeważającej sile przeciwnika. Zakładając naszą zawodniczą, teamową koszulkę czuje zawsze ducha starożytnych Spartan. Pogratulowałem oczywiście szczerze i z uznaniem moim rywalom walki do końca i sportowej rywalizacji oraz tego, iż zmusili mnie do nadludzkiego wysiłku i przekroczenia kolejnych barier własnych słabości. Te zawody zapamiętam na zawsze, gdyż udzieliły mi wiele odpowiedzi na pytania, które chodziły mi od dawna po głowie. Gdzie istnieją granice moich możliwości? Czy to jest dobry sport, pasja dla mnie? Czy też może już nie jest czas przerzucić się np. na filatelistykę?

Skomentuj