Gorący październik
Gorący październik

Przetłumacz:

Zimowa przerwa w łowieniu karpi chyba każdemu jest potrzebna. Na odpoczynek zasługują zarówno karpiarze, jak i same karpie. Każdy z was zapewne zastanawia się, jaki będzie ten nowy sezon?

Średnia ocen:

Szczerze mówiąc troszkę się tego obawiam, gdyż słaba zima może wróżyć równie słabe brania. Możliwe, że karpie żerują teraz w najlepsze. I choć ich metabolizm znacznie zwolnił, to nietypowo wysokie, jak na tę porę roku, temperatury sprawiły, że naturalnego pokarmu mają jeszcze pod dostatkiem. Zauważyłem kiedyś, że takie ciepłe, zimowe miesiące z reguły zwiastują mizerne brania w sezonie.

Być może to tylko moje spostrzeżenia. Możliwe też, że zupełnie inne czynniki spowodowały gorsze żerowanie karpi w danym roku. Nigdy nie możemy być w stu procentach pewni, że jakiś sukces osiągnęliśmy tylko z jednego powodu. Przeważnie na wynik zasiadki wpływa wiele różnych zdarzeń, które zbiegły się w danym momencie. Dobrze pamiętam ostatnią zasiadkę na swojej ukochanej zaporówce. Chyba nikomu nie muszę tutaj mówić, że chodzi o Solinę. Na wynik tej wyprawy wpłynęło również wiele czynników. Kocham łowić na tej wodzie i zawsze jest to dla mnie nowe przeżycie i pakiet doświadczeń na przyszłość. Jakoś tak się złożyło w zeszłym roku, że moje planowane zasiadki niestety nie mogły zejść się w czasie z właściwą pogodą, odpowiednim stanem wody oraz – co oczywiste – urlopem moich kolegów. Nie lubię łowić sam na tak dużej wodzie, z tego względu, że do tych upatrzonych miejsc z reguły trzeba przeprawiać się pontonem. Z "dziczyzną" za plecami też różnie bywa. Nigdy nie możesz być pewien, czy to, co chodzi po krzakach, to na pewno jeleń.

Piękna złota jesień, choć w Bieszczadach nigdy nie wiadomo co spotkasz w lesie
Piękna złota jesień, choć w Bieszczadach nigdy nie wiadomo co spotkasz w lesie

Na pierwszą październikową zasiadkę miałem ochotę wybrać się w zupełnie nowe miejsce. Nie była to przypadkowa miejscówka, gdyż podejrzewałem, że przy takim stanie wody właśnie w tym rejonie powinno żerować sporo karpi. Niestety, gdy śledziłem pogodę, okazało się, że po trzech dniach ma przyjść znaczne jej załamanie. Na tej zaporówce oznacza to duże porywy wiatru, co może uniemożliwić łowienie. Chcąc nie chcąc, usiedliśmy z kolegą w zatoce. Tam mogliśmy skryć się choć częściowo przed wiatrem. Na brania nie musiałem długo czekać, gdyż o poranku złowiłem swojego pierwszego październikowego karpia. Systematyczne donęcanie łowiska niewielkimi porcjami kulek własnej roboty owocowało codziennymi odjazdami karpi aż do końca tej zasiadki. Jednak nie ta wyprawa była tą, na którą czekałem cały sezon. Ryby brały systematycznie, jednak spore wahania ciśnienia sprawiły, że mieliśmy brania ryb raczej średniej wielkości. Wiem, wiem... pomyślicie, że poprzewracało mi się w głowie, gdyż na takiej wodzie, mając dziennie przynajmniej jeden odjazd, to już jest sukces. Niby tak, ale jak to w wędkarstwie bywa, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wszystko miało się zmienić niecałe dwa tygodnie później. Pogoda powoli się stabilizowała. Wszystko wskazywało na to, że ostatni tydzień października będzie ciepły i nie przyniesie ze sobą gwałtownych zmian ciśnienia. Niestety kolega, z którym planowałem zasiadkę, z powodów od niego niezależnych musiał zmienić plany. Mój humor się pogorszył. Mijał dzień za dniem. Za oknem pogoda coraz piękniejsza. Prognozy na najbliższy tydzień nie pokazywały żadnych frontów. W końcu udało mi się namówić znajomego, który – chociaż nie łowi karpi – zgodził się mi towarzyszyć w polowaniu na drapieżniki. Spakowałem swoje auto i ruszyłem w drogę. Na wodzie nie było praktycznie najmniejszej zmarszczki od wiatru. W końcu miałem możliwość popłynąć tam, gdzie od początku chciałem.

Podwodne karcze utrudniające łowienie to urok Soliny
Podwodne karcze utrudniające łowienie to urok Soliny

Nad wodą nastała prawdziwa polska złota jesień. Liści na drzewach było coraz mniej. Temperatura jak na koniec października była niewiarygodnie wysoka. Bywały dni, że dochodziła do 18 stopni na plusie. Chyba lepszej pogody nie mogłem sobie wymarzyć. Gdy dotarliśmy na miejsce, odpiąłem drugi ponton, którym zajął się kolega, a sam popłynąłem szybko postawić bojki. To, co od razu rzuciło mi się w oczy, to krystalicznie czysta woda. Nie pamiętam takiej, od kiedy zacząłem jeździć nad ten zbiornik. Po zanęceniu rozpaliliśmy ognisko. Wędki miały powędrować do wody dnia następnego. Zanęciłem sobie miejsca na otwartej wodzie, gdzie spodziewałem się karpi. Pierwsze oznaczyłem na 6, drugie zaś na 15 metrach. Swoje kulki rozsypałem pomiędzy tymi głębokościami. Spad nie był zbyt stromy, więc miałem nadzieję, że zanęta nie stoczy się po nim na głębszą wodę. Minęła pierwsza noc. Z namiotu zdawało się słychać spławy. Tak, to na pewno karpie. Gdy tylko wzeszło słońce, szybko zmontowałem zestawy i wywiozłem na wyznaczone miejscówki. Tak minęła pierwsza doba, niestety bez brania.

Razem z opadłymi liśćmi do wody trafiają bukowe orzeszki - przysmak tutejszych karpi
Razem z opadłymi liśćmi do wody trafiają bukowe orzeszki - przysmak tutejszych karpi

Kolejna noc i kolejne spławy karpi, a brań jak nie było, tak nie ma. Trzy doby wyglądały identycznie. Spławiające się w nocy i nad ranem karpie grały mi na nerwach. Do tej pory byłem przekonany, że wystarczy znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie i brania gwarantowane. Ciśnienie cały czas było stabilne. Wszystkie znaki na ziemi i niebie wskazywały, że karpie powinny żerować. Niestety one o tym najwyraźniej nie wiedziały... Ja za to wiedziałem, że wina nie leży po stronie przynęt, gdyż te są od kilkunastu lat mojego karpiowania systematycznie sprawdzane i udoskonalane. To, co nie dawało mi spokoju, to krystalicznie czysta, niezmącona żadnym podmuchem wiatru woda. Gdy tylko opuściłem na lince swoje GoPro na głębokość prawie 15 metrów, byłem zdziwiony tym, co się nagrało. Nie przypuszczałem, że na tak dużej głębokości może być tak jasno. Od razu pomyślałem, że karpie widzą każdy element mojego zestawu, a tym bardziej ciemny sznurek z bojką H zakotwiczoną na 15 metrach. Szybko zdjąłem z wędek pływaki, które miały za zadanie utrzymywać moje żyłki główne nad zatopionymi karczami. Markery postawiłem kilka metrów przed zestawami. Teraz moje zestawy leżały za nimi. Ryzykowałem tym, że ryba po braniu może wejść w linkę od bojek, ale nie miałem innego wyjścia. Założenie było takie, by karp w miejscu żerowania napotkał wpierw mój zestaw oraz zanętę. Pomyślałem sobie, że jak to nie pomoże, to chyba nic logicznego już nie wymyślę. Na szczęście w nocy odezwał się sygnalizator. Piękny odjazd oznaczał tylko jedno – na końcu wędki jest karp, i to niemały. Pomimo szybkiej reakcji, ryba zdołała odjechać na znaczną odległość i przesunęła marker H tak, jak się tego spodziewałem. Na szczęście azymut na drugim brzegu ułatwiał ponowne postawienie bojki. Miejsce żerowania było dość szerokie. Tak czy inaczej byłem wniebowzięty. Zdołałem skłonić karpia do brania. Hol w środku nocy przy gwieździstym niebie... Kiedyś już to chyba przeżyłem. Po krótkiej, dość intensywnej walce udało się podebrać pierwszego karpia tej zasiadki. Z samego rana zameldowała się kolejna, równie piękna dzika ryba. Moje przypuszczenia się sprawdziły. Stabilna pogoda przyniosła zdecydowanie większe karpie. Postanowiłem, że po każdej rybie będę donęcał kilogramem samych kulek.

Jedna z najpiękniejszych ryb jakie udało mi się złowić
Jedna z najpiękniejszych ryb jakie udało mi się złowić

Kolejna doba zapowiadała się jeszcze lepiej. Tak też się stało. Brania następowały jedno po drugim. Do wieczora złowiłem 6 równie pięknych karpi. Ten dzień był naprawdę wyjątkowy. Pierwszy raz łowiąc na tej zaporówce, miałem karpia w kołysce, gdy na drugiej wędce odjechała kolejna ryba. Z reguły po braniu musiałem odczekać przynajmniej dwie godziny. Tego dnia również. Ponownie złowiłem tego samego karpia, co kilka tygodni wcześniej. To już drugi raz udał mi się ten wyczyn na tak dużej wodzie. Rok wcześniej podobna sytuacja miała miejsce w innym rejonie Soliny. Wygląda na to, że niektóre ryby mają swoje utarte trasy na żerowiska. Wszystko szło po mojej myśli. Kolejna doba przyniosła również kilka ładnych sztuk. Jedną z nich udało mi się złowić nawet z głębokości 18 metrów. Na dzień dzisiejszy jest to mój rekord, jeśli chodzi o głębokość, na jakiej złowiłem karpia. Niestety po tych rybach prawdopodobnie popełniłem błąd. Postanowiłem, że donęcę łowisko orzechami arachidowymi, gdyż najzwyczajniej zaczęło brakować mi kulek. Pod zestaw, zamiast kilograma protein, wrzucałem jedynie garść oraz kilogram orzechów arachidowych. Nawet udało mi się złowić na nie jedną pełnołuską rybę. Uznałem to za dobry pomysł. Jednak noc pokazała, że nie był on najlepszy. W łowisko weszło tak wielkie stado leszczy, że czyściły wszystko, co tylko wpadło do wody. Karpie najwyraźniej odsunęły się na bok. Czy był to wynik donęcania orzechami? Nigdy w 100% nie mogę być tego pewny. Ale było to możliwe. Z samego rana popłynąłem wywieźć zestawy. Po nocy nie było na nich kulek. Gdy włączyłem echo, wszystko stało się jasne. Stado leszczy ciągnęło się od mojego nęciska przez kilkadziesiąt metrów. Jedyny pomysł, jaki mi się nasuwał, to próba zwabienia leszczy zanętą na nieco płytszą wodę tuż przed nęciskiem. Moje zestawy przesunąłem głębiej. Podnęciłem je samymi kulkami w niedużej ilości, dosłownie po kilkanaście sztuk. Niestety ta taktyka nie dała zamierzonego rezultatu. Leszcze nie wiedzieć czemu zniknęły z ekranu echosondy. Powód mógł być tylko jeden - na nęcone miejsce wróciły karpie. Odwrotnie niż wcześniej, pierwsze branie nastąpiło na wędce, która była bliżej nęciska. To potwierdzało moje przypuszczenia. Tego dnia złowiłem dwa ostatnie karpie, wszystkie na zestaw, który leżał niedaleko miejsca nęcenia. Były zdecydowanie najmniejsze, więc postanowiłem zakończyć tę dość trudną, choć ciekawą zasiadkę.

Karp wraca do swojego królestwa
Karp wraca do swojego królestwa

Myślę, że to był jeden z moich najlepszych wypadów nad tę wodę. Karpie jak zwykle nauczyły mnie pokory i tego, że nigdy nie możemy być pewni swojego sukcesu. Nawet jeśli znajdziemy się w miejscu, gdzie aktualnie przebywa dużo ryb, to jakiś czynnik, którego się nie spodziewaliśmy, może przekreślić nasze szanse na sukces. Dlatego zawsze musimy mieć otwarty umysł i szybko reagować na sytuację, którą zastajemy nad wodą.

Mój największy karp tej wyprawy. Ryba tak jak pozostałe połakomiła się na kulki rakowe własnej produkcji
Mój największy karp tej wyprawy. Ryba tak jak pozostałe połakomiła się na kulki rakowe własnej produkcji

Skomentuj