Karpiowa lekcja wytrwałości

Przetłumacz:

Wędkarstwo karpiowe to takie hobby, które nam, karpiarzom, daje raz po raz srogie lekcje. Przeważnie jest to lekcja pokory lub... wytrwałości. I właśnie taką lekcję otrzymałem od karpi na jednej z ostatnich zasiadek. Ale po kolei...

Średnia ocen:

W moim karpiowym sezonie zawsze mam wyjazdy, które planuję nawet rok wcześniej i na które czekam z dużą niecierpliwością. W sezonie 2019 taką zasiadką była wyprawa nad łowisko Starorzeka. Piękne i dzikie. Trudno znaleźć drugą taką wodę. Ostatnia moja wizyta (2 lata temu) zakończyła się klęską, bo zjechałem „na zero”. Wiedziałem jednak, że muszę tam wrócić.

Bo takich miejsc się nie skreśla, mimo porażki. Przygotowania? Wbrew pozorom nie było ich za dużo. Wiedziałem, że i tak będę musiał się dostosować do panujących warunków, więc wcześniejsze planowanie i obieranie taktyki weźmie w łeb. I rzeczywiście tak było. Na Starorzekę wyruszyliśmy w ekipie 6 osób. Było wesoło i bez spiny. Przed rozpoczęciem łowienia zrobiliśmy losowanie, aby każdy miał równe szanse. Mnie i Kamilowi przypadło stanowisko nr 6. Praktycznie cały pierwszy dzień minął tradycyjnie na organizacji obozowiska i wytypowaniu miejscówek.

Czekamy na... odjazd.

Wybrałem miejsca blisko brzegu, co zresztą na tym łowisku jest bardzo popularne. Nie chciałem kombinować, przynajmniej na początku. Jedno wytypowane miejsce zasypałem grubiej, głównie sfermentowaną kukurydzą, a kolejne dwa – punktowo, samymi kulkami. Regulamin na Starorzece jest bardzo restrykcyjny. Zakaz używania haczyków zadziorowych, leadcorów oraz strzałówek wymusił odpowiedni dobór sprzętu. Wywózka zestawów i holowanie odbywało się tylko z pontonu. Dlatego wybrałem bardzo krótkie wędziska. Wybór padł na Prologic C.O.M. Raw 2.40 m 2.25 lbs. Tak, tak, to nie pomyłka. Wybrałem takie kije, bo świetnie spisują się przy takim łowieniu. Przy holu nie ma różnicy, a wygoda przy wywózce i stawianiu zestawów jest zdecydowanie większa. Tym bardziej, że nad głową mamy zwisające gałęzie.

Przepiękna sceneria.

Drugą niezwykle ważną rzeczą jest żyłka. Ja na dwóch kołowrotkach miałem nawiniętą żyłkę 0.37 mm, a na trzecim - 0.40 mm. Uważam, że 0.37 mm to jest niezbędne minimum. I nawet użycie 0.43 mm nie byłoby przesadą przy braku strzałówki i leadera. Tym bardziej, że warunki są trudne – pozatapiane drzewa, gałęzie czy kamienie przy brzegach na płytkiej wodzie. Trzecia istotna sprawa to zastosowanie bezpiecznego klipsa z gumką na „zrywkę”. Moim zdaniem łowienie na kamienie na Starorzece to podstawa.

Gruba żyłka to podstawa.

Po wywózce przyszedł czas na odpoczynek. Ale szybko otrzymaliśmy informację, że chłopaki na stanowisku nr 2 złowili już pierwszego karpia, co jeszcze bardziej pozytywnie nas nakręciło. Wieczorem przyszło zapowiadane załamanie pogody i zaczęło mocno padać. W tej wariackiej aurze przyszło branie u Kamila. Przemoczeni, ale z amurem około 12 kg w podbieraku, wróciliśmy na brzeg. Kolejne brania były na moich wędkach. Niestety, moje zestawy upodobały sobie leszcze, czego przed wyjazdem obawiałem się najbardziej.
Kolejna doba minęła spokojnie, czego nie można powiedzieć o wspomnianym stanowisku nr 2, na którym łowili regularnie karpie powyżej 10 kg. Po ponad dwóch dobach ewidentnie było widać, że karpie znajdowały się w innej części zbiornika.

Nocny smakosz krabowych kulek.

Nie mogłem się poddać i trzeba było walczyć do końca. Łowiąc po trzy wędki, nie mieliśmy za dużego pola manewru, jeśli chodzi o zmianę miejsc. Postanowiłem za to pokombinować z głębokością, na której kładłem zestawy. Podjąłem ryzyko i wybrałem miejscówki dosłownie przy samym brzegu na głębokości 40-50 cm. To brzmiało jak szaleństwo. Z sypaniem nie przesadzałem i dalej trzymałem się punktowego nęcenia, ale treściwego. Na zestaw wędrowały trzy garstki kulek, ewentualnie wzbogacone dużą łyżką kukurydzy. Małym sukcesem na początku było wyeliminowanie leszczy, które na szczęście opuściły moje zestawy na dobre. Kiedy trzeciej nocy złowiłem pierwszego karpia, nastąpiła ulga. - Uff, nie zjadę na zero - powiedziałem do Kamila. Radość była podwójna, bo zmiana koncepcji w położeniu zestawów okazała się kluczowa. I musiałem tej zmiany trzymać się dalej.

Krótkie podsumowanie wyjazdu.

Ostatnia doba, a raczej ostatnie godziny zasiadki były niezwykle emocjonujące. Kamil dołowił kolejne dwa amury. A u mnie? Wieczorem miałem potężny odjazd. Niestety, zestaw poszorował na płytkiej wodzie po kamieniach i nie wytrzymał. Szybko zmontowałem kolejny przypon i jeszcze przed zmrokiem wywieźliśmy zestaw.
Trzy godziny później nastąpiło branie z tego samego miejsca. Ale tym razem to ja byłem zwycięzcą. Karp około 12 kg błyskawicznie wrócił do domu. Po ponownej wywózce szybko nie zasnąłem. Tuż przed godziną 5.00 miałem kolejny odjazd. To była mega walka. Od początku czułem, że będzie to wymagający przeciwnik. Na szczęście po kilku minutach karp wylądował w podbieraku. Radość była ogromna. Waga – około 19 kg i karp, jak się później okazało, o imieniu „Łatka”. To było zwieńczenie tej wspaniałej wyprawy.

Mega płytka woda okazała się niezwykle skuteczna.

Zadowolony byłem nie tylko ze złowionych ryb, ale również ze zmienionej strategii, która okazała się strzałem w dziesiątkę. Mogłem tylko gdybać, co by było, gdybym zestawy kładł od początku na tak płytkiej wodzie. Swoje zrobił również przypon. Wszystkie karpiowe brania miałem na „łamańca” wykonanego ze sztywnego fluorocarbonu. Do konstrukcji tego przyponu użyłem haczyka Prologic XC2 lub XC8 z wygiętym oczkiem do zewnątrz. Do minikrętlika na pętli „D” dowiązałem jedną krabową kulkę tonącą własnego wykonania. Po około 10 cm materiału zastosowałem przegub w postaci krętlika z kółkiem. A następnie kolejne 15-20 cm flurocarbonu. Cały przypon zakończyłem klasyczną pętelką.

Skuteczny przypon.

Starorzeka ponownie napisała karpiową historię, którą trudno było przewidzieć. Jednak tym razem z pozytywnym zakończeniem. Jaka będzie następna? Może przekonam się w przyszłym roku.

Skomentuj