Murem za amurem

Przetłumacz:

Każda przygoda ma swój początek. Moja, mimo że jej finał miał miejsce niespełna miesiąc temu, zaczęła się kilka lat temu. Spacerowałem nad brzegiem jednego z pobliskich dzikich jezior, a niezmącona niczym tafla wody pozwoliła mi ujrzeć je pierwszy raz. Były tam! Na końcu płytkiej zatoczki.

Średnia ocen:

Każda przygoda ma swój początek. Moja, mimo że jej finał miał miejsce niespełna miesiąc temu, zaczęła się kilka lat temu. Spacerowałem nad brzegiem jednego z pobliskich dzikich jezior, a niezmącona niczym tafla wody pozwoliła mi ujrzeć je pierwszy raz. Były tam! Na końcu płytkiej zatoczki.

Dzika woda wymaga obfitego nęcenia.

Początkowo moją uwagę przykuły jedynie malutkie płetwy przecinające powierzchnię wody, lecz gdy podszedłem bliżej, dostrzegłem ich ogromne cienie. Po kilkunastu minutach zniknęły z pola wodzenia, a ja zapragnąłem pewnego dnia spotkać się z nimi oko w oko. Tak to się wszystko zaczęło, a droga do sukcesu okazała się wyjątkowo długa, lecz warta każdych poświęceń. Najpierw, targany emocjami z powodu ujrzenia tych niezwykłych ryb, chciałem je jak najszybciej złowić i już kilka dni później postanowiłem zrobić pierwsze podejście. Stosując moją podstawową wiedzę z zakresu łowienia amurów, wybrałem się na kilkudniową zasiadkę. Przekonany o tym, że ich złowienie będzie niezwykle proste, szybko zderzyłem się ze smutną rzeczywistością. Gdy tylko myślę o tej zasiadce, śmiało mogę stwierdzić, że branie byłoby cudem lub kwestią czystego przypadku. Bez wcześniejszego przygotowania postawiłem zestawy i tak mijały godziny, dni, aż w końcu całą zasiadkę przesiedziałem bez pika. Zostałem sprowadzony na ziemię, a frustracja, jaka towarzyszyła mi podczas tego wyjazdu, sprawiła, że jak najszybciej chciałem się zrewanżować. Drugie podejście poprzedziłem bardziej skrupulatnymi przygotowaniami. Zacząłem mocno zgłębiać teoretyczne aspekty związane z zasiadką na amury. Informacje czerpałem z każdego możliwego źródła, począwszy od internetu i książek, a kończąc na cennych radach moich bardziej doświadczonych kolegów.

Po wymianie zestawów, zaopatrzeniu się w większą ilość zanęt i ogromny zapał do działania postanowiłem zrobić drugie podejście. Po raz kolejny rozbiłem obozowisko na cyplu jeziora, skąd miałem około 180 metrów do miejsca, w którym owe piękności pokazywały swoją obecność. Nad wodą pojawiliśmy się wieczorem i jeszcze tego samego dnia po raz kolejny mieliśmy przyjemność obserwować te przepiękne torpedy. Znów targani emocjami zdecydowaliśmy się jak najszybciej położyć zestawy w miejscu ich bytowania. Jak się potem okazało, to najgorsze, co mogliśmy zrobić. Od wywozu przez kilka dni utrzymywała się taka sama pogoda, lecz amurów jak nie było, tak nie było i nic nie wskazywało na to, że się pojawią. Po upływie trzech dni nastąpił przełom, w prawym rogu zatoki wodę przecięła znajoma płetewka, poruszając się w niezwykle wolnym tempie. Oczywiście był to pojedynczy amur, który kierował się w stronę naszych zestawów. Serce bardzo mocno przyspieszyło, jednak ryba w połowie drogi zawróciła i druga próba również zakończyła się fiaskiem. Początkowo nie mogłem pojąć, co tak naprawdę się stało. Po kilku dniach od owej zasiadki postanowiliśmy zebrać się w trójkę i na chłodno przeanalizować wszystko, co wiemy. Postanowiłem sobie, że nie odpuszczę! Lato mijało i choć w naszych głowach nagromadziło się wiele pomysłów, to strach przed kolejną porażką odrobinę nas odpychał. Stwierdziliśmy jednak, że ta misja musi zostać dokończona.

Porcja na jedno nęcenie.

Tym razem przygotowania przed wyjazdem zorganizowaliśmy zgoła inaczej niż poprzednio. Obiecaliśmy sobie, że nie zdamy się na przypadek, i tak też się stało. Wszystko, od sprzętu do miejscówki, miało być perfekcyjne. Doświadczenie nauczyło mnie, że poznanie zbiornika, zachowania ryb i na podstawie tej wiedzy wybranie najlepszej możliwej miejscówki jest bez dwóch zdań na pierwszym miejscu w hierarchii przygotowań do zasiadki i jakiegokolwiek łowienia. Postawiliśmy na obserwację, a każdy wolny wieczór i poranek, który pozwalał na określenie miejsc bytowania i żeru ryb, spędzaliśmy nad brzegiem jeziora. Dzięki temu w naszej głowie pojawiały się bardzo konkretne wnioski. Jak wiadomo amur jest bardzo ,,punktualną” rybą i niemalże codziennie przemierza identyczne ścieżki. Zauważaliśmy, że teoria się potwierdza, a ryby regularnie pojawiały się w różnych częściach zbiornika o stałych porach. Poranki, wieczory, dni i noce – w każdej z tych pór ukazywały się nam gdzie indziej, jednak zawsze w tym samym miejscu.

Wiedzieliśmy, gdzie pływają, jednak musieliśmy ustalić, gdzie żerują. To nie było takie proste, lecz również stanowiło kwestię czasu. Baczna obserwacja, której poświęciliśmy tak dużo czasu, pozwoliła nam ujrzeć ogromne dzikie ryby, obgryzające korzenie wodnej roślinności. Decyzja nie mogła być inna – zestawy postawiliśmy dokładnie tam! Amur jest rybą, która potrafi skonsumować ogromne ilości pokarmu, więc zaopatrzyliśmy się w 150 kg kukurydzy i kilkadziesiąt kilogramów kulek, co w tym przypadku z pewnością nie było przesadą. Zaczęliśmy nęcenie, a zanęta znikała za każdym razem. Udział miały w tym również inne drobne ryby, więc do wody lądowały naprawdę duże porcje pokarmu. Nieustannie zwiększaliśmy ilość, jednak za każdym razem wszystko znikało, łącznie z dużymi kulkami proteinowymi. Byliśmy pewni, że to miejsce da nam branie! W mojej głowie wciąż pojawiał się strach przed jednym scenariuszem. Mianowicie, gdy dwukrotnie zaczynaliśmy zasiadkę, a ryby były już w okolicach wytypowanego miejsca i przepłynęliśmy niedaleko nich, ryby uciekały na kilka dni. Stwierdziłem, że nie tym razem. Udało się nam zrobić miejsce na malutkie obozowisko w końcu jeziora, skąd do ryb mieliśmy zaledwie 50 metrów. Dzięki temu - niemalże do zera - wyeliminowaliśmy pływanie.

Amurowe haki - szerokie, krótkie i piekielnie ostre.

Jeśli chodzi o same zestawy i sprzęt, to zdecydowałem się użyć najprostszych amurowych klasyków. Ciężarek był jak największy, jednak na tyle lekki, by nie zapadać się w mule, z którego nasze torpedy wygrzebywały kłącza. Przypon zrobiony był ze stosunkowo długiego, zważywszy na obecność mułu, odcinka miękkiej, wytrzymałej plecionki. Hak również nie odbiegał od amurowych standardów – duży, wytrzymały, o szerokim kolanku, krótkim trzonku i przede wszystkim niezwykle ostry - to najlepszy wybór z możliwych. Włos, jaki stosowaliśmy, praktycznie powodował stykanie się przynęty z łukiem kolankowym haka. No właśnie, a przynęta? W tej kwestii także nie stosowaliśmy kombinacji, założyliśmy dwa ziarnka twardej kukurydzy i podpięliśmy ją kawałkiem żółtej pianki, by była niezwykle lekka, łatwa do pobrania i dobrze widoczna na mulistym dnie. Taki zestaw gwarantował nam, że gdy tylko amury zaczną żerować w naszym miejscu, to odjazd będzie kwestią czasu.

Kukurydza podpięta piankami dla zbalansowania.

Przyszła pora zrobić trzecie podejście do tych jakże sprytnych i płochliwych ryb. Niestety, z przyczyn niezależnych od nas, nad wodę przybyliśmy po raz kolejny późnym popołudniem. Chwila obserwacji, a naszym oczom ukazały się złote torpedy, żerujące na zmianę na naszej mieszance i kłączach przybrzeżnej roślinności. Targnięty impulsem znów chciałem jak najszybciej podać im przynętę pod nos, jednak nie tym razem! Ciężko było powstrzymać pokusę, lecz wytrzymałem i noc spędziliśmy z wędkami na brzegu. To był dosłownie strzał w dziesiątkę! Uniknęliśmy przepłoszenia ryb i cały wieczór napawaliśmy się niezwykłym widokiem żerujących olbrzymów. Mimo że napięcie było ogromne, całą pracę zrobiliśmy rano. Pontonu użyliśmy tylko przez kilka minut, bo posłużył nam do szybkiego donęcenia miejscówki, a wędki z przytoczonymi wyżej zestawami posłaliśmy w nęcony obszar rzutem z brzegu. Nadszedł wieczór i jak w zegarku naszą stołówkę odwiedziły amury. Po niespełna dwóch godzinach na mojej lewej wędce odnotowałem delikatne ruchy hangera w górę i w dół, bez zastanowienia podniosłem wędkę i w tym samym momencie zdarzyła się rzecz nieprawdopodobna, blisko 20-kilogramowa ryba wyskoczyła cała z wody, a ja pojąłem, że to właśnie on! Stanęliśmy oko w oko, stałem jak sparaliżowany. Adrenalina była ogromna, lecz zachowałem trzeźwość umysłu i bezbłędnie podjąłem dalszą walkę z pontonu. Starcie z tak dużą rybą, która pierwszy raz w życiu jest na haku, to coś nie do opisania słowami. Po licznych odjazdach, wyskoku z podbieraka ryba w końcu znalazła się w moich rękach.

Długo wyczekiwana piękność.

Uczucie spełnienia i satysfakcji było przeogromne i nie pozwoliło mi spać całą noc. Po raz kolejny w swojej wędkarskiej przygodzie przełamałem sam siebie i po wyciagnięciu wniosków i wyeliminowaniu błędów udało mi się osiągnąć sukces. Kluczem do niego okazało się poznanie wody, zachowania mojego przeciwnika i przede wszystkim cierpliwość. Każdemu życzę spełnienia wędkarskich marzeń z dzieciństwa. Do zobaczenia nad wodą!

Skomentuj