Chorwacki rewanż

Przetłumacz:

Najpiękniejszym sposobem na uniknięcie porażki jest determinacja, aby osiągnąć sukces! Właśnie z taką myślą otworzyłem niezamknięty rozdział z łowiska Sumbar, czyli zbiornika, który odwiedziłem parę lat temu. Postanowiłem po 5 latach tam wrócić, by znów zmierzyć się z tą wodą i udowodnić sobie, że da się tam złowić duże ryby.

Średnia ocen:

Bolesny cios
Każdy z nas przeżył karpiową porażkę. Czasami trzeba upaść, by potem podnieść się i spróbować ponownie osiągnąć sukces. Pomimo tego, że ostatnie lata obdarowywały mnie praktycznie na każdej wodzie pięknymi rybami, jest zbiornik, na którym nie poszło mi tak, jak sobie wymarzyłem. Pamiętam, jak po powrocie powiedziałem, że już tam nie pojadę... Jak to się mówi, „nigdy nie mów nigdy”. Powróćmy jednak do przeszłości i tego, jak było tam za pierwszym razem. Panowały wtedy niesamowite upały, ryba praktycznie nie żerowała, a ja złowiłem - z tego, co pamiętam - zaledwie pięć karpi przez siedem dni. Próbowałem praktycznie wszystkiego. Od kulek tonących, przez pop-upy, do nawet pianek w połączeniu z kukurydzą... Pomimo starań, efekty były mizerne, a każdą rybę musiałem naprawdę wypracować. Biorąc pod uwagę to, że moi sąsiedzi z zatoki złowili tylko jedną rybę, mój wynik był niby dobry, ale muszę nadmienić, że zamierzeniem wyjazdu było złowienie karpi i amurów powyżej dwudziestu kilogramów, a żaden z nich nie zbliżył się do tej granicy. Pokonanie ośmiuset kilometrów, tydzień spędzony w lesie bez prysznica, można powiedzieć, że prawie też bez toalety, bo warunki sanitarne były fatalne… Wiecie, jak to jest, jak ryby nie współpracują, to wszystko nie pasuje.

OK, obiecuję, że już więcej w tym artykule nie będę narzekał. Opowiem wam, jak było tym razem. Zaczęło się wszystko w styczniu. Odebrałem telefon i okazało się, że zostaliśmy zaproszeni na międzynarodowe, towarzyskie zawody, które mają odbyć się właśnie na zbiorniku, od którego dostałem mocnego kopniaka ostatnim razem. Po wysłuchaniu, jacy wybitni karpiarze mają tam być, od razu się zgodziłem.

Międzynarodowe spotkania i rozmowy to jeden z elementów naszej pasji.

Zapomniałem o ostatnim niepowodzeniu i pomyślałem, że przynajmniej będzie można wymienić się spostrzeżeniami w międzynarodowym środowisku. W końcu nasza pasja to nie tylko piękne ryby, ale także obcowanie z dziką naturą i spotkania z innymi karpiarzami. Planowanie oraz przygotowania do wyjazdu zacząłem dopiero na początku czerwca. Nie było to łatwe, ponieważ o miejscu, w którym miałem łowić, zadecyduje los... W takiej sytuacji chciałem wyeliminować wszystko, co nie przyniosło mi efektów ostatnim razem. Po pierwsze nie zabrałem ze sobą pelletu. Tak po cichu myślę, że ostatnio mogły wejść nam w łowisko sumy i po części przyczyniło się to do niepowodzenia. Wiem, że to tylko hipoteza, ale jakoś musimy sobie tłumaczyć niepowodzenia. Więc tym razem pellet został w domu.

Ostre przyprawy mocno spodobały się chorwackim karpiom.

Przyszła pora na przygotowanie kulek. Na szczęście w ofercie NLT mamy tylko cztery smaki, więc zabraliśmy ze sobą praktycznie wszystko. Najwięcej nowego, zrobionego na jajkach wraz ze skorupkami #ANANASA i #extraSQUIDA. Te kulki praktycznie nie zawodzą, a pikantne dodatki, tj. hiszpański pieprz oraz oryginalny Robin Red, potrafią szybko uzależnić karpie. Piszę uzależnić, bo ta zasiadka trwała aż 10 dni, więc był czas na regularne nęcenie i przyzwyczajanie ryb do naszej zanęty. Wbrew karpiowym przesądom zabrałem też nowe kije Shimano TX2 w korku, nowy namiot Hardshell Panorama 2 oraz Deepera. Normalnie na takie wyjazdy nie biorę niczego nowego, bo boję się, że coś pójdzie nie tak, ale skoro ostatnio wszystko było dopięte na ostatni guzik i nie przyniosło to zamierzonego efektu, to teraz trzeba iść na żywioł.

Regeneracja
Zanim dotarłem nad zbiornik, postanowiłem spędzić noc wysoko w górach, w jednej z chorwackich wiosek. Cudne miejsce pozbawione cywilizacji. Tylko barany, zimne chorwackie piwo i regionalna kuchnia. Po takim odpoczynku można było ruszać nad wodę.

Losowanie
Tak jak już wam wspomniałem, o wyborze miejsca decydowało losowanie. Było zgoła odmiennie, bo losowaliśmy kolejność wyboru miejsca, a nie samo miejsce. Czując, że mam szczęście, pierwszy pewnie podszedłem i wyjąłem numer siedem... Niby dobrze, ale mogło być lepiej. Szybko wytypowaliśmy miejsca, które nam się podobały i te, w których nie chcemy łowić. Ku naszemu zdziwieniu ekipa, która miała jedynkę, wzięła miejscówkę, która nam najbardziej nie pasowała. Bardzo się ucieszyliśmy. Niestety do pełni szczęścia trochę zabrakło i usiedliśmy tuż obok stanowiska, które podobało nam się najbardziej.

Jeden z pierwszych amurów o wadze przekraczającej 25 kilogramów.

Strategia
Od samego początku uzgodniliśmy, że przyjechaliśmy łowić, a nie karmić ryby. Oznaczało to, że wytypowaliśmy kilka miejscówek, które nęciliśmy punktowo. Woda przy powierzchni przekraczała 31 stopni. Na szczęście na Sumbar jest wiele podwodnych źródeł, dzięki czemu przy dnie miała o wiele niższą temperaturę. Podczas szukania miejscówek musieliśmy się skupić nie tylko na badaniu głębokości, ale także na strukturze dna. Musimy pamiętać, że to zbiornik w którym była wydobywana glina, więc są miejsca, gdzie ciężarek wraz z przynętą zapadają się i nie mamy wtedy najmniejszej szansy na branie. Karpie i amury po prostu takie rejony omijają. Bardzo ważna była precyzja, zarówno podania zanęty, jak i przynęty, i to ona odegrała istotną rolę. Podczas nęcenia na spadkach warto pociąć kulki, by nie zsuwały się. Na szczytach nie ma to już tak dużego znaczenia.

Na każdy z naszych zestawów posyłaliśmy około dwa kilogramy zanęty, składającej się z kulek i miksu ziaren NLT, który zabraliśmy z domu. Zawierał on m.in. orzech tygrysi, konopie, pszenicę oraz kukurydzę. Dodatkowo zalewaliśmy zanętę atraktorami: Anielska Słodycz i Diabelski Fetor. W tak ciepłej wodzie aromat odgrywa bardzo dużą rolę, a atraktory nie sycą, tylko dają impuls do żerowania.

Co nas nie zabije, to nas wzmocni!
Ta zasiadka była przeciwieństwem tego, co spotkało nas kiedyś. Od samego początku zaczęliśmy regularnie łowić duże ryby. Początek należał do pięknych amurów, które tak zasmakowały w naszych smakołykach, że musieliśmy je złowić wszystkie... Oczywiście żartuję, ale 25 sztuk i to o wadze powyżej 20 kilogramów to naprawdę spora ilość. Po amurach pojawiły się piękne, pełnołuskie, bardzo waleczne karpie. Regularne sypanie #extraSQUIDEM musiało je w końcu sprowadzić do naszej miejscówki. Po kilku kombinacjach uznaliśmy, że najlepszą był bałwanek z mikro pop-upem o smaku #ANANASA.

Najskuteczniejsza kombinacja tej zasiadki.

Każda kolejna ryba była coraz większa i po cichu liczyliśmy, że uda złowić się jakąś rybę, która przekroczy magiczne 30 kilogramów. Zabrakło niestety czasu, ale i tak złowienie prawie 40 sztuk, których waga przekroczyła magiczną dwudziestkę pozostanie na długo w naszej pamięci. Reasumując, warto marzyć i pomimo niepowodzeń, które muszą się czasami przydarzyć, dążyć do upragnionych celów. Czasami nie jesteśmy w stanie zrobić nic, bo po prostu jesteśmy w nieodpowiednim miejscu, w nieodpowiednim czasie, ale musimy także pamiętać, że szczęściu trzeba pomagać.

Łabędzie odwiedzały nas tak samo często jak amury.

Skomentuj