Trafić w punkt

Przetłumacz:

Analizy, przemyślenia, wybór miejsca, obserwacja ciśnienia oraz pogody... Te i inne czynności zaprzątają nasze głowy w momencie, kiedy chcemy wybrać się na karpie. Ale czy istnieje perfekcyjne miejsce, idealna pogoda, która zapewni nam sukces? I co robić, kiedy wszystko idzie nie po naszej myśli?

Średnia ocen:

Na opak
Moje karpiowe doświadczenia sięgają połowy lat dziewięćdziesiątych. Wydawałoby się, że łowiąc tyle lat, powinienem po przyjeździe nad wodę postępować jak robot. Wszystko powinno być proste i oczywiste. Na szczęście karpiowanie nie jest takie banalne, jak nam się wydaje, a na sukces ma wpływ wiele składowych, o czym przekonałem się chociażby podczas łowienia tej wiosny.

Aby karpie chciały żerować, musi być spełnionych kilka warunków, a my znaleźć się w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie. Przykładem jest dopiero co zakończony IV Puchar NLT, który wraz z Moniką organizujemy od 4 lat. Przed każdymi zawodami otrzymuję setki zapytań o najlepsze miejsca, taktykę oraz kulki, które tam się sprawdzają. Jak do tej pory śmiało można było wytypować lepsze i gorsze place, ale tym razem było zupełnie inaczej. Po przystąpieniu do analizy zbiornika, wydaje się, że przy tak dużej populacji ryb ich łowienie jest możliwe praktycznie zawsze i wszędzie. I tak zazwyczaj jest, ale tym razem było zupełnie inaczej.

Długotrwale wiejący w jednym kierunku wiatr sprawił, że miejsca po głębszej stronie zbiornika, tzw. bankówki, zostały całkowicie odcięte od brań. Wyobraźcie sobie, że na stanowisku nr 1, gdzie rok temu zwycięska ekipa nie mogła zmrużyć oka, nie złowiono tym razem ani jednej punktowanej ryby... Dodam, że łowiło tam dwóch kolegów z bardzo dużym doświadczeniem, którzy znali ten zbiornik jak własną kieszeń. Wszyscy przecierali oczy ze zdumienia, nie mogąc uwierzyć, że te skrajne miejsca tak opustoszały, a ryby przeniosły się w środkową część zbiornika oraz na płytką wodę, gdzie przez cztery dni regularnie żerowały. Przykład ten pokazuje, jak wiele potrafi zdziałać wiatr nawet na tak niewielkim, niezbyt głębokim zbiorniku, jakim jest Koblov. Już teraz jestem ciekaw, jak będzie wyglądała mina osoby, która wylosuje jokera, pozwalającego na wybór miejsca w kolejnej edycji Pucharu NLT.

Stop i koniec
Podobną sytuację napotkałem na swoim pierwszym wypadzie tego sezonu. Była to końcówka marca i przy okazji rozmów na temat organizacji zawodów postanowiłem spróbować coś na szybko złowić. Po moim przyjeździe świeciło słońce, wiatr zupełnie ucichł, a ja miałem tylko 20 godzin na łowienie. Pierwszy zasadniczy dylemat, jaki przede mną stanął, to oczywiście wybór miejsca. O tej porze roku miałem pełną dowolność, ponieważ łowiło zaledwie kilku karpiarzy, co jeszcze bardziej spowodowało mętlik w mojej głowie. Biłem się z myślami, czy ryby będą stały jeszcze na głębszej wodzie, czyli w okolicach wspomnianej jedynki, a może w środkowej części zbiornika, bardziej uniwersalnej, czy w płytkiej zatoce, gdzie głębokość wody nie przekraczała jednego metra... W czasie podróży myślałem, analizowałem, czy słońce zdążyło na tyle nagrzać wódę w płytkiej zatoce, by karpie nabrały apetytu i zdecydowały się tam zawędrować w poszukiwaniu pożywienia? A może wiatr wiał właśnie w przeciwnym kierunku i cała nagrzana woda skierowana została w stronę głębszych miejsc? Pytań całe mnóstwo, a czasu bardzo mało.

Łowienie z roślin wymaga odpowiedniego podejścia i mocnego sprzętu.

Po przyjeździe zdecydowałem się jednak na płytką zatokę, ponieważ słońce naprawdę mocno świeciło. Woda delikatnie marszczyła się pod wpływem wiatru, także we właściwym kierunku. Jak to bywa po zimie, pełen emocji i tęsknoty za holem błyskawicznie zarzuciłem zestawy w okolice trzcin. Wiedziałem, że jest tam dość muliste dno, więc na włos powędrowały bardzo dobrze widoczne oraz szybko pracujące pop-upy NLT. Pomyślałem, że jeśli karpie zechcą żerować, to zapewne będzie to wyglądało dość chimerycznie. Dlatego, żeby ułatwić im zadanie zassania przynęty, uniosłem ją do góry i podałem w małym rozmiarze. O jakimś większym nęceniu oczywiście nie było mowy. Po pierwsze przyjechałem łowić, a nie karmić. Po drugie krótki czas zasiadki nie pozwalał mi na podanie większej ilość zanęty. Po pierwszych godzinach byłem przeszczęśliwy, ponieważ wybór okazał się właściwy, a dowodem na to było złowienie w ciągu około pięciu godzin, siedmiu karpi.

Wiosenny grubas złowiony na małego popka.

Był moment, kiedy pomyślałem, że to będzie nieprzespana noc, ale jak tylko zaszło słońce, ryby opuściły moją miejscówkę i aż do końca zasiadki nie doczekałem się już brania. Co było przyczyną? Tego nie dowiemy się nigdy. Mogę tylko przypuszczać dlaczego ryby przestały żerować, a może nie przestały tylko przeniosły się w głębsze partie zbiornika. Z moich doświadczeń wiem, że tak samo jak dobrze ryby reagują wiosną na słoneczną pogodę i ocieplenie, tak samo dzieje się odwrotnie, gdy przychodzi nagłe załamanie i oziębienie. Myślę, że w tym przypadku też tak było, ponieważ po rozmowie z sąsiadami dowiedziałem się, że u nich w nocy nastąpiła całkowita stagnacja... To jest właśnie ryzyko szybkich wypadów, ale musimy pamiętać, że tak samo jak możemy zaliczyć porażkę, możemy osiągnąć zaskakujący sukces.

Magiczna łuska jednego z wielu amurów.

Amurowy najazd
W kwietniu udało mi się zaliczyć dłuższą zasiadkę na Gosławicach. Zastąpiła ona po raz kolejny wyjazd na zbiornik Elektrowni Rybnik, na którym nadal panują dziwne przepisy. Strategia na wyjazd była prosta. Skoro coś się sprawdziło w ubiegłym roku, to po co to zmieniać. Zabrałem około 50 kilogramów kulek tonących NLT o smaku #KRYLA i #extraSQUIDA, które miały zwabić w moje łowisko i przytrzymać jak najdłużej te największe okazy. Szybko zlokalizowałem dwa ciekawe miejsca, pełne podwodnej roślinności na której ryby miały stołówkę w postaci naturalnego pokarmu. Ku mojemu zdziwieniu po pierwszych dwóch dobach przeżyłem totalne zaskoczenie. W moim łowisku pojawiło się stado, a jak się później okazało, najprawdopodobniej kilka stad wygłodniałych amurów, które zasmakowały w moich kulkach. Normalnie byłbym zadowolony, ponieważ uwielbiam te ryby i dużą część sezonu poświęcam na ich łowienie, ale tym razem głównym zamierzeniem było łowienie dużych karpi.

Dłuugi Azjata.

Próbowałem chyba wszystkiego, aby złowić karpia zamiast amura. Zmieniłem przynętę pływającą na dużą kulkę tonącą. Następnie dałem dwie kulki 20 mm. Nie pomogło nawet wydłużenie włosa... Amury były tak agresywne, że nie pozwalały zbliżyć się w obszar mojej miejscówki żadnemu karpiowi. Po 48 godzinach zrezygnowałem na pół dnia także z nęcenia, ale jak później zaobserwowałem, one oprócz moich kulek miały tam mnóstwo naturalnego pokarmu. Obserwowałem ich piękne harce w blasku zachodzącego słońca i liczyłem, że kolejnego dnia uda mi się złowić karpie. Zażartowałem, że jedynym sposobem, żeby zacząć łowić karpie, jest złowienie wszystkich amurów. I tak chyba było, bo po wyholowaniu około dwudziestu sztuk, łowiłem regularnie coraz to większe karpiszony.

Wreszcie karpiszon.

Patrząc na to, jak nasze hobby potrafi być zaskakujące, możemy tylko cieszyć się i próbować zrozumieć zachowanie ryb. Im więcej czasu spędzimy nad wodą, tym będziemy mądrzejsi, ale pomimo coraz większego bagażu doświadczeń i tak wielokrotnie spotka nas sytuacja, z którą jeszcze nie mieliśmy styczności. Dlatego właśnie tak bardzo kocham karpiowanie.

Skomentuj