Karpiarstwo to sport drużynowy

Przetłumacz:

Zasiadka karpiowa to spore przedsięwzięcie. Oczywiście można próbować swoich sił w coraz modniejszym stalkingu lub realizować zasiadki na mniejszych wodach czy łowiskach prywatnych. Jednak gdy chcemy powalczyć z dużą wodą lub wystartować w zawodach, to dobry „team” jest podstawą.

Średnia ocen:

Nęcenie
Przygotowując się do zasiadki, często musimy poświęcić dużo czasu na nęcenie łowiska. Tyczy się to zwłaszcza wód związkowych, gdzie zlokalizowanie ryb, a następnie ich zwabienie jest naprawdę trudne. W obecnym sezonie wraz z moim partnerem postanowiliśmy po kilku latach ponownie rzucić wyzwanie zaporówce koło Katowic. Jest to 430 ha woda, która powstała w latach 60. ubiegłego stulecia. Już kilka razy próbowaliśmy swoich sił na tym zbiorniku, ale zawsze zabrakło nam szczęścia lub doświadczenia. Dzisiaj, po prawie 10 latach od ostatniej zasiadki, znowu szukamy tutaj cyprinusów.

Nasz miejscówka widoczna z wody.

Nasze wędkowanie poprzedziliśmy kilkugodzinnym sondowaniem łowiska. W tym celu do łodzi zapakowaliśmy echosondę, stukadełko, 3 markery i wydruki przedstawiające mapę wody. Jak tylko znaleźliśmy interesujący nas „plac”, to stawialiśmy markery. Pierwszy raz spływając z wody, byliśmy przekonani o dobrym przygotowaniu miejscówki. Od razu do wody poszło 50 kg zanęty.

Wedle starej zasady, na duże wody trzeba dużo zanęty.

Po kilku dniach Michał dorzucił kolejne 30 kg, aż w końcu rozpoczęliśmy zasiadkę. Niestety, bez efektów. Mówi się trudno. Walka nadal trwała. Do czego jednak zmierzam? Przygotowując zasiadkę, mogliśmy podzielić się rolami oraz sprzętem, tzn. raz jeden nęcił, a raz drugi. Nie ukrywajmy, takie wyjazdy zabierają sporo czasu.

Sprzęt
Kolejna sprawa to wspomniany sprzęt. Łowiąc ze stałym partnerem lub grupą, możemy w wygodny sposób dzielić się zakupami. Wiadomo, że wędki czy fotel każdy ma swoje. Jednak zakupem pontonu i echosondy możemy się podzielić. Nie jestem zwolennikiem kupowania sprzętu „na spółkę”, jednak jasne wyznaczenie, że ja biorę ponton, a ty silnik czy echosondę jest bardzo wygodne. W myśl tej zasady, gdy jeżdżę na dalsze wyprawy czy zawody zawsze wspólnie z kompanem robimy listę potrzebnych sprzętów i wiemy, kto co ma zabrać. Jest to przydatne, zwłaszcza gdy ilość miejsca w samochodzie jest ograniczona. Nieraz miałem problem z zapakowaniem „karpiowozu”, w którym drzwi trzeba było dopychać kolanem, żeby potem okazało się, że coś leży nieużywane, bo „lecimy” na sprzęcie kolegi.

Pływak na Ronnie Rigu - od ubiegłego roku mój ulubiony zestaw.

System zmianowy
Wracając jednak do samego łowienia. Gdy miejscówka jest już zanęcona i zaczynamy polowanie, zgrana ekipa jest świetną sprawą. Po prostu czasami ryby nie pojawiają się w naszej miejscówce. Jest to związane ze zmianami pogody lub po prostu jeszcze jest na nie za wcześnie, po prostu „nie weszły”. W tej sytuacji, mając do dyspozycji 2 czy 3 pary, możemy zmieniać się i podtrzymywać miejscówkę. W jednym tygodniu siada ekipa nr 1, w kolejny drugi skład itd.

Zawody

Zawody to specyficzny rodzaj wędkowania i o ile startujemy w małych imprezach czy towarzyskich spotkaniach, jeszcze tego nie czuć. Jednak podczas rywalizacji każdy z ZAWODNIKÓW powinien mieć swoje zadanie i znać niejako miejsce w szeregu. Przekładając to na świat piłkarski. W zespole jest potrzebny i bramkarz, i obrońca, i w końcu napastnik. Nie każdy strzela bramki. Wracając jednak na nasze podwórko, jeśli dla przykładu współzawodnictwo odbywa się w formule wywózkowej i jeden z kolegów słabo pływa pontonem, idzie mu to powoli czy wręcz niezdarnie, to lepiej, żeby tego nie robił. W tym czasie może zająć się przygotowywaniem zanęty, prowadzeniem notatek czy holowaniem ryb. Jednocześnie taka osoba w trakcie zawodów w formule rzutowej może okazać się świetnym rzutowcem i podczas „spombowania” pośle zanętę „za horyzont”.

Kobra jest idealnym narzędziem do cichego nęcenia.

Osobiście lubię spombować i wywozić, choć nie czuję się najmocniejszy podczas pływania na 300 czy 400 metrów, i tutaj chętnie oddam miejsce w pontonie komuś mocniejszemu. Jednocześnie nie mówię, żeby się zamykać wedle zasady „nie umiem i się nie nauczę”. Dlatego regularnie trenuję, ale nie podczas zmagań. Może ktoś powiedzieć, że na zawodach wypaczamy przyjemność z łowienia, odbieramy sobie pewne jej elementy. Tak, to prawda. Zawody to wyścig, w którym liczy się wynik. Na ten rezultat pracują wszyscy i wszyscy później mają prawo do miana zwycięzcy. Nie ma znaczenia, kto akurat wyholuje Big Fish. Świetnie opisał to w swojej książce pt. „Wędkarstwo spinningowe” Jacek Kolendowicz, który podał przykład specjalnie zrywanych dużych ryb, jeśli hol zajmuje nam cenny czas, a przy panującym regulaminie ryba niewiele wnosi. Swoją drogą zainteresowanym polecam lekturę tej książki (por. rozdział Wyczynowe wędkarstwo spinningowe).

W oczekiwaniu na sędziego.

Dobry research to podstawa
Kontynuując jeszcze temat zawodów, warto przed wyjazdem odrobić pracę domową, czyli innymi słowy wyszukać jak najwięcej informacji na temat: łowiska, struktury dna, najlepszych przynęt itp. Taka wiedza pozwala zaoszczędzić wiele czasu podczas imprezy lub w ogóle niejako uratować nasz start.

Drużyna

Powoli zbliżamy się do końca tego artykułu, jednak nie można nie zwrócić uwagi na najważniejszy element tej układanki, od którego wyszliśmy, czyli drużynę. Obecnie jak grzyby po deszczu wyrastają kluby czy teamy, zarówno te prywatne, jak i związane z markami. O ile nie mamy do końca wpływu na te ostatnie, bo dobór osób zależy od szefostwa firmy, o tyle nasze prywatne ekipy powinny być sprawdzone i dobrze się dogadywać. Uważam, że nie ma nic gorszego niż przypadkowy partner podczas startu w zawodach. O ile w trakcie prywatnej zasiadki, jeśli ktoś nas wkurza, to możemy się po prostu zwinąć i zakończyć wypad. W przypadku startu w zawodach powinniśmy współpracować i liczyć na siebie. Nie może być mowy o zazdrości czy to o ryby, czy chociażby o sprzęt. Jak również nazwijmy to lenistwem, gdy jedna osoba robi wszystko, a druga się przygląda czy co najwyżej udziela „jedynie słusznych” rad. Nieraz sam przekonałem się, że czasami lepiej otoczyć się mniejszą grupą, ale zaufanych osób i takich, na które naprawdę można liczyć.

Czasami podczas wyprawy, należy się przeprawiać. Wówczas dobrze jest współpracować.

W ubiegłym roku trochę z przypadku, wspólnie z Łukaszem, udało mi się pojechać nad chorwackie Zajarki. Na początku wyjazdu wszystko, co mogło, było przeciwko mnie. W wędce wypadła przelotka (choć zawsze mam zapasowe wędzisko, to wówczas nie wziąłem), urwałem 4 spomby i zerwałem kilkadziesiąt metrów żyłki. Na szczęście Łukasz miał zapasowy kij, który mi pożyczył. W nocy kolega wyholował 22 kg lustrzenia, a ja zaliczyłem spinkę. No po prostu jakieś fatum! Jednak kilka godzin później wspólnie pozowaliśmy do zdjęcia z dwoma pięknymi karpiami, Łukaszowym 22 kg i moim 34 kg, którego wyholowałem na pożyczony kij. Pomimo że to ja złowiłem większego karpia, to cieszyliśmy się i świętowaliśmy wspólny sukces, a Łukasz przez resztę wyjazdu był niemniej pozytywnie nakręcony niż ja.

Wspólne zdjęcie jako świetna pamiątka wyjazdu.

Niestety, ale znam wiele osób, które w takich chwilach potrafią zamknąć się w namiocie czy przyczepie i nie odzywać się przez kilka godzin czy nawet dni. Karpiarstwo to sport drużynowy – z taką tezą siadałem do tego artykułu i mam nadzieję, że ją obroniłem. Czy mi się udało? To pozostawiam waszej ocenie.

Ilość komentarzy: 4
Leszek Kita
2019-07-05 18:25:41
Sama prawda !!!!
Dawid Gągoł
2019-07-31 23:25:27
Dokładnie tak powinno być dobrany team musi się uzupełniać i każdy się cieszyć z ryby czy to kolega czy ja złapał gratuluję artykułu
Jakub Dłubak
2019-08-02 17:26:17
Dziękuję za komentarze. Drużyna to podstawa. ????
Jakub Dłubak
2019-08-02 17:29:27

Dziękuję za komentarze. Drużyna to podstawa. 

Skomentuj