Trzy pory roku nad Soliną
Trzy pory roku nad Soliną

Przetłumacz:

Jest połowa listopada, a za oknem ciągle jeszcze ciepła, złota jesień. Zaledwie od paru dni temperatura nocą zaczyna spadać poniżej zera. Nad „moimi" żwirowniami karpie dopiero teraz zaczynają grupować się w głębszych rowach. Do tej pory brały z miejsc bardzo płytkich i powiedziałbym bardziej wiosennych.

Średnia ocen:

Nie ma się czemu dziwić, ciepła i słoneczna jesień sprawiła, że pokarmu w tym roku miały co niemiara. Wystarczyło wrzucić do wody kilka kulek, by po godzinie znaleźć na nich mnóstwo ślimaków. Teraz, gdy zeszły w głębsze miejsca, znacznie łatwiej będzie skusić je do brania.

No tak, pożwirowe dołki kuszą, by udać się na ostatnie w tym roku późnojesienne dzikusy.

Co roku karpiowe ostatki spędzam właśnie na żwirowniach. A może na przekór wszystkiemu zmienić nieco schematy i zakończyć sezon na Solinie? Pomysł kuszący, choć troszkę ryzykowny, biorąc pod uwagę to, że za chwilę będzie już grudzień i temperatura szybko potrafi spaść poniżej zera... Co więcej, prócz niej spaść może również śnieg, a to już skutecznie może uniemożliwić nasz powrót do domu z bieszczadzkiego lasu. Ci, co jeżdżą tam, zwłaszcza w górne rejony, wiedzą, o czym mówię. No tak, wilka ciągnie do lasu, tym bardziej, że mój sezon w tym roku malował się właśnie w barwach jeziora Solińskiego. I to nie dlatego, że karpie jakoś wybitnie brały. Wręcz przeciwnie, by się do nich dobrać, czasem trzeba było nieźle kombinować. Zwłaszcza większe sztuki zdawały się nie interesować naszymi przynętami. Lecz jeśli spojrzy się statystycznie na ilość zasiadek, wychodzi na to, że tylko jedna na sześć zakończyła się bez kontaktu z karpiem. Tak więc, jeśli kwintesencją karpiowania nie są dla nas tylko duże ryby, a samo przebywanie na łonie natury pośród bieszczadzkich lasów, to taki sezon można uznać za bardzo udany.

Gdy zaczynają opadać liście, nad zalewem zapada magiczna cisza.
Gdy zaczynają opadać liście, nad zalewem zapada magiczna cisza.
Wiosna
Pierwszą, niezbyt długą, bo zaledwie czterodniową zasiadkę zaplanowaliśmy z kolegą Tomkiem w maju. Jej dokładny termin przypadł w sam majowy weekend. Nie zależało to ode mnie, gdyż wolałbym zdecydowanie inny termin. Weekend majowy na Solinie wygląda jak wyścig, na którym obowiązuje tylko jedna zasada: kto pierwszy, ten lepszy. Ci, którym nie uda się znaleźć jakiejkolwiek wolnej miejscówki, muszą wracać z powrotem do domu. Tam nie ma ani czasu, ani litości. Gdy już się zwodujemy, co często łatwe nie jest, musimy zapakować cały sprzęt na swoje pływadła i czym prędzej wyruszać na poszukiwania miejsca. Pomyślcie tylko, co muszą czuć ci, którym się to nie udało... Na tym łowisku występują duże wahania wody. Ponadto górski charakter zbiornika i niemal pionowe brzegi dodatkowo stwarzają nieprzyjazne warunki do rozbicia obozowiska. Tak więc nie pozostało nic innego jak liczyć na szczęście, że któreś z obstawianych miejsc w górnym odcinku zalewu będzie wolne. Prawdę mówiąc mieliśmy dużo szczęścia. Niecały kilometr od miejsca, w którym się wodowaliśmy, zauważyłem pierwsze wolne miejsce. Nie zastanawiałem się długo i od razu postanowiłem, że tam się rozbijemy. Dwie godziny później nie było już żadnego wolnego miejsca w obrębie dobrych kilku kilometrów. Serce mi się krajało, widząc ekipy z całym majdanem na łódkach, które jedna po drugiej wyczerpywały swoje ostatnie akumulatory, wracając z powrotem do auta. Niestety to również są uroki tego zalewu. Nasze miejsce jeszcze dwa dni temu było pod wodą, tak więc warunki mieliśmy nieco błotniste. Sprawdzając prognozę pogody upewniłem się, że woda nie będzie się podnosić. Przez kilka najbliższych dni mieliśmy mieć piękną, słoneczną pogodę bez deszczu. Jak się później okazało, miało to też swój minus, gdyż większość ryb zeszła wraz z wodą poza obszar naszego zasięgu. Tak czy inaczej nie zamieniłbym się z nikim nawet na najlepsze stanowisko na żadnym łowisku komercyjnym. W powietrzu czuć było zapach wiosny i budzącej się do życia przyrody. Zapach kwitnącej czeremchy i piękny żółty kolor kaczeńców, które kwitły przy strumyku nieopodal naszego namiotu, wprost zapierały dech w piersiach. Było po prostu pięknie! Dni mijały nam bardzo szybko, jednak zamiast karpi w podbieraku lądowały - raz po raz - prawie kilogramowe płocie i dwukilogramowe klenie. Łowiąc feederem, byłbym wniebowzięty, ale na zestawie karpiowym nie sprawiały one nam aż takiej przyjemności. Zastanawiałem się, czy zrobiliśmy dobrze, wrzucając prócz kulek, również kukurydzę z konopiami. Co prawda nie było jej zbyt wiele, ale... Być może opadająca woda sprawiła, że karpie wraz z nią udały się w dolne rejony Soliny. Możliwe, że tak właśnie się stało, ale czy na pewno wszystkie tam popłynęły? Być może jakieś pojedyncze sztuki nadal się tu kręciły. Po drugiej nocy bez brania postanowiłem zaprzestać nęcenia ziarnem. Swoją miejscówkę, która znajdowała się niedaleko koryta na dwumetrowej wodzie, zacząłem podnęcać jedynie kulkami swojej produkcji. Efekt był taki, że ostatniej nocy doczekałem się w końcu karpiowego brania. Nie był to niestety typowy odjazd jak to na Solinie bywa, lecz delikatne opadnięcie hangera. Po odpaleniu latarki stało się coś, czego się nie spodziewałem. Tysiące jętek oblepiły moją twarz i ręce. Tak jak szybko ją zaświeciłem, tak równie prędko zgasiłem. Hol przy świetle nie był możliwy. Na szczęście była pełnia, więc nie było tak źle z widocznością. Myśląc, że to kolejny przyłów, podjąłem hol z brzegu. Ryba nie wyglądała na klenia i szła dość opornie. Z odległości prawie dwustu metrów ciężko było ją wyczuć holując na żyłce. Po chwili weszła w zaczep i zmuszony byłem użyć pontonu. Szczerze mówiąc, wahałem się dłuższą chwilę, lecz postanowiłem popłynąć do niej. Po dotarciu na miejsce karpia już nie było na haku. Owinął się o jakiś kołek i uwolnił z haka. Byłem delikatnie mówiąc sfrustrowany. Na dodatek nie mogłem odpalić latarki i nie zabrałem ze sobą zanęty. Nie za bardzo chciało mi się płynąć powtórnie, tak więc w poświacie księżyca wrzuciłem zestaw gdzieś niedaleko bojki, nie licząc na jakiekolwiek branie. Dobrze, że na brzegu została solarna lampka, więc mogłem do niego w miarę komfortowo trafić. Moje zdziwienie było spore, gdy po godzinie sytuacja się powtórzyła. Karp na szczęście dał się podholować do brzegu. Szczerze mówiąc do ostatniej chwili myślałem, że mam po prostu leszcza. Gdy pod brzegiem ryba podjęła walkę, nie miałem żadnej wątpliwości, że jest to ładny karp. Niestety jedyny tej wyprawy, gdyż rano musieliśmy ją zakończyć. Tak więc honorowy karp uratował naszą wiosenną zasiadkę. Prawdę mówiąc, była ona od początku udana, a ta ryba okazała się jej ukoronowaniem.

Czy zawsze musimy łowić te największe, by cieszyć się z darów natury?
Czy zawsze musimy łowić te największe, by cieszyć się z darów natury?
Lato
W połowie czerwca ponownie zawitałem nad zalew, tym razem z kolegą Mateuszem. Podobnie jak Tomek, Mateusz również pierwszy raz wybrał się na solińskie karpie. Postanowiliśmy łowić w nieco głębszej wodzie, ponieważ w górnym odcinku, gdzie łowiłem ostatnim razem, teraz nie było już prawie wody. Dlatego też naszym łowiskiem tym razem był dolny odcinek, w którym San przepływał niegdyś pod samymi skałami. Miejsce równie piękne jak górne rejony Soliny. Woda opadała, więc wybór wydawał się słuszny. Na ten wypad Mariusz przeznaczył podobnie jak Tomek tylko cztery dni. Nie jest to dużo czasu jak na tę wodę, więc wybór musiał być precyzyjny. Na szczęście udało nam się trafić na ryby parę dni wcześniej, gdy byłem tam w odwiedzinach u znajomego. Karpie widać było wtedy pod samą powierzchnią wody. Miałem nadzieję, że nadal tam będą, jak wrócę tu za parę dni. Ryby rzeczywiście były, choć nie były tak duże, jakie widziałem wcześniej. Tak czy inaczej miałem nadzieję, że coś uda się złowić. Już pierwszej nocy Mariusz wyholował „średniaka”, tak więc było optymistycznie. Podczas kolejnych dni codziennie mieliśmy karpiowe odjazdy. Wypad zakończyliśmy dość ładnym karpiem, którego wyholował Mariusz. Ja niestety równie ładną rybę straciłem podczas holu. Karp niespodziewanie zawrócił w kierunku naszego brzegu i gdy był już pod wierzchem wszedł pod pozostałe wędki. Na łódce nie mogliśmy wiele zrobić i ryba niestety się spięła. Podsumowując, w ciągu tych kilku dni mieliśmy 8 karpiowych odjazdów i 5 karpi na macie.
Potem nadszedł lipiec i wspomniana na początku bezrybna wyprawa. Miejsce zasiadki, którym była zatoka, wydawało się być odpowiednie. Do tej pory nie wiem, co było nie tak, gdyż w zatoce mieliśmy spławy karpi. Niestety ryby nie chciały w ogóle z nami współpracować. Prawdopodobnie, jak to w lipcu często bywa, obfitość pokarmu naturalnego była powodem tego, że wróciliśmy z tej wyprawy „o kiju”. Jakoś przełknąłem gorycz porażki, w końcu to Solina i zawsze można z niej wrócić bez ryby.

Karp złowiony przy letniej niżówce.
Karp złowiony przy letniej niżówce.
Potem nadszedł sierpień i nieplanowany wypad dzięki koledze Leszkowi, który okazał się całkiem udany. Opiszę go tutaj tylko pobieżnie, gdyż cały artykuł zatytułowany „Solińskie lato” możecie znaleźć w Świecie Karpia. Szczerze zachęcam do przeczytania. Ogólnie rzecz biorąc, miejsce było bardzo podobne do tego z czerwcowej zasiadki - mnóstwo skał i głębokiej wody. Sytuacja również była adekwatna do tamtej - pod powierzchnią kręciło się sporo karpi, które jednak niechętnie chciały z nami współpracować. Generalnie ryb złowiliśmy sporo, ale złowienie większej sztuki okazało się niestety niemożliwe. Tak czy inaczej wyjazd wspominam bardzo mile.

Mój jedyny wiosenny, ale za to wypracowany.
Mój jedyny wiosenny, ale za to wypracowany.
Mój piąty już w tym roku wypad nad Zalew zaplanowaliśmy z Kubą i Arturem w połowie września. Ostatnio często jeździmy tam razem na ryby. Warunki były bardzo podobne: ciągle opadająca woda i upał, przed którym ciężko było uciec. Dlatego też wybraliśmy się na naszą czerwcową miejscówkę. Lubię tam jeździć we wrześniu, gdyż na wodzie panuje zdecydowanie mniejszy ruch niż w okresie wakacyjnym. Po prostu jest mniej żaglówek, które nieraz skutecznie utrudniają nam łowienie. Teraz też znacznie łatwiej było nam dostać się na konkretną miejscówkę, gdyż nie było nad wodą zbyt wielu wędkarzy. I choć nie widzieliśmy karpi, branie mieliśmy już drugiego dnia. Karpie współpracowały znakomicie, choć kolegom bardzo dużo ryb spięło się podczas holu lub urwało w zaczepach. Ja dość długo nie mogłem sobie poradzić ze znalezieniem odpowiedniego miejsca po swojej stronie miejscówki. Wiedziałem, że karpie są niedaleko. Coś musiałem robić nie tak. Być może moje zestawy lądowały pomiędzy kamieniami i uniemożliwiało to właściwą prezentację zestawu. Trzeciego dnia przestawiłem swoją miejscówkę o kilka metrów dalej w kierunku otwartej wody. Branie nastąpiło dosłownie godzinę później. Moja miejscówka zaczęła się rozkręcać, natomiast u kolegów brania zdecydowanie osłabły. Do dziś nie wiemy, co było tego powodem. Być może sypana z boku kukurydza, którą Kuba chciał zwabić wielkie leszcze? A może po prostu ryby stały się bardziej ostrożne. Tak czy inaczej ja na brak odjazdów nie narzekałem. Straciłem w sumie dwa karpie, jednak koło dziesięciu udało się wyholować. W tym dwa największe ostatniego dnia. Złowiłem również rybę, którą złapał ze mną kolega Mariusz na zasiadce w czerwcu. Na Solinie, która ma 2300 hektarów, nie zdarza się to zbyt często... Podsumowując, mieliśmy razem ponad 20 odjazdów, z czego wyholowana została ponad połowa ryb. Kolejna udana zasiadka dobiegła końca. Jak się okazuje, lato obdarzyło nas nie tylko piękną upalną pogodą, ale też wieloma karpiami na macie.

Piękny karp Kuby złowiony na naszej ostatniej wyprawie tego roku.
Piękny karp Kuby złowiony na naszej ostatniej wyprawie tego roku.
Jesień
Miesiąc później razem z Kubą ponownie zawitaliśmy nad zalew, tym razem w jego centralnej części, gdzie łączą się jego dwie odnogi. Do dyspozycji mieliśmy cztery doby. Tak, to już nie było lato. Kolorowe bieszczadzkie lasy dawały nam do zrozumienia, że sezon nad Soliną powoli dobiega końca. Graby, buki, dęby zaczynają przybierać złote oraz miedziane barwy. Pomiędzy nimi przebijają się wciąż zielone świerki i sosny. Paleta barw wprost zapiera dech w piersiach, a wszechobecna cisza staje się czymś magicznym. Solina w końcu doznaje wytchnienia od wszędobylskich turystów. Jesień jest moją ulubioną porą na karpiowe wypady w te rejony. Mieliśmy dużo szczęścia, gdyż woda nadal opadała. Teoretycznie rzecz biorąc opadająca woda powinna oznaczać dobre brania w tym rejonie Soliny, gdyż odcina karpie od pokarmu naturalnego. Praktycznie natomiast wszystko jak zwykle miało się okazać. Nieraz, pomimo wprost idealnych warunków, zjeżdżaliśmy z tej wody „o kiju”. Jesienne dni są krótkie, więc czasu na rozbicie obozowiska, wysondowanie miejscówki i jej zanęcenie mieliśmy niewiele. Pierwszy dzień upłynął dość szybko i integracyjnie w delikatnym tego słowa znaczeniu... Kuba zarzucił swoje kije, jak się okazało drugiego dnia, nieco z boku nęciska. Ja postanowiłem zrobić to nazajutrz z samego rana i dać rybom spokojnie wejść w zanęcone miejsce. O 9.00 zarzuciłem wędki, a o 10.00 miałem już swojego pierwszego jesiennego „króla Soliny”. Nie był on jednak imponujących rozmiarów. Ot, taki średniaczek. Niestety, do końca dnia nic więcej się już nie wydarzyło. Kolejnego, znacznie większego karpia złowiłem ponownie przed południem. Podczas brania od razu zwinął naszą H bojkę i hol musieliśmy kontynuować z pontonu. Ten karp również okazał się naszą jedyną zdobyczą tego dnia. Trzeciej doby Kuba przestawił wędki i zaczął nadrabiać swoje zaległości. Pierwsza ryba była naprawdę piękna i jedna z większych, jakie złowiliśmy w tym sezonie nad Soliną. Niedługo po niej wyholował kolejnego, niestety już mniejszego karpia, który okazał się być ostatnią w tym sezonie solińską zdobyczą. Kolejna doba upłynęła nam już bez brania. Nocna zmiana pogody przyniosła deszcz i ryby przestały z nami współpracować. Prognozy pogody zapowiadały drastyczny spadek ciśnienia, co prawdopodobnie wpłynęło negatywnie na ryby.

Płyniemy na miejscówkę.
Płyniemy na miejscówkę.
 

W górnym odcinku takie klenie to częsty przyłów.
W górnym odcinku takie klenie to częsty przyłów.
Podsumowując mój sezon nad Soliną, myślę, że był bardzo udany. Doświadczenie zbierane przez wiele lat łowienia na tej zaporówce w końcu zaowocowało trafnymi wyborami miejscówek, co na tej wodzie ma ogromne znaczenie. Jadąc tutaj, musimy zdawać sobie sprawę z tego, że taka wyprawa to także spore przedsięwzięcie logistyczne. Miejsc jest niewiele w porównaniu z ogromem tej wody, a od tego, czy wybierzemy je poprawnie, może zależeć nasz końcowy wynik. Często jest tak, że nie będziemy w stanie przeprawić się w kolejne miejsce, gdyż oddalone może być nawet o kilkanaście kilometrów. Pół biedy, jeśli mamy więcej czasu na zasiadkę. Natomiast gdy mamy zaledwie kilka dni, możemy o tym zapomnieć. Najzwyczajniej w świecie nie będzie się nam to opłacało. Jeżdżąc nad tę wodę, nauczyłem się cieszyć każdą, nawet niewielką sztuką. Jeśli będziemy liczyć tylko na duże ryby, najzwyczajniej w świecie znienawidzimy ją. Myślę, że to najgorsze co mogłoby się nam przytrafić. Ja nauczyłem się kochać ją taką, jaka jest. W chwilach, kiedy daje mi piękne ryby, ale również wtedy, gdy nie chce się odwdzięczyć za trud, jaki włożyłem, by znaleźć się nad jej brzegiem. Myślę, że jest to recepta na to, by każdy sezon nad Soliną był wyjątkowo udany!

Skomentuj