Przystanek Kiełpin
Przystanek Kiełpin

Przetłumacz:

Pamiętacie piosenkę grupy VOX „Szczęśliwej drogi już czas”? Zapewne są wśród czytelników tacy, którzy niejedną łzę przy niej uronili. Jest w niej wers: „Na rozstaju dróg, gdzie przydrożny Chrystus stał, zapytałeś: dokąd iść?”. Podobne pytanie zadawaliśmy sobie dojeżdżając w październikowy weekend do drewnianego krzyża stojącego ni mniej ni więcej tylko na rozstaju dróg. A wybieraliśmy się na Przystanek Kiełpin w zachodniopomorskim, czyli nad nową dla nas wodę i miejscówkę, na której zaplanowaliśmy teamowe zakończenie sezonu.

Jak to w życiu bywa, przy wspomnianym krzyżu skręciliśmy w prawo, czyli źle, lądując tym samym w gospodarstwie niezwykle cierpliwego sąsiada właścicieli Przystanku (po nas zły skręt wykonało jeszcze z 5 samochodów!!!). Jednak – jak to się mówi – sukces wieńczy dzieło, więc chwilę później byliśmy już na miejscu. I nie da się ukryć, że warto było błądzić, choćby dla widoków, które się nam ukazały. Otoczona lasem, spokojna toń jeziora, z wcinającą się weń linią sporego pomostu, do którego prowadziło zejście przez kameralną, piaszczystą plażę. Przejdźmy do konkretów. Samo łowisko, choć niezbyt duże, bo 7,5-hektarowe, swoim położeniem, linią brzegową i usytuowaniem („daleko od szosy”) naprawdę może stanowić magnes dla karpiarzy, ale nie tylko dla nich. Znajdziecie tam 7 stanowisk wędkarskich plus ósme na plaży, które w razie urządzania zawodów jest wyłączone z użytkowania rekreacyjnego. Mimo że jest to łowisko komercyjne, klimatem przypomina dzikusy, a udogodnieniami będzie niebawem konkurować z wieloma wodami, o których jest już głośno.

To naprawdę rzadko spotykana mieszanka. Kto z nas nie lubi akwenu, w którym dno nie tworzy patelni (czyli zmory wielu polskich łowisk karpiowych), za to natura wyposażyła je w wypiętrzenia i wgłębienia, w których – jak się przekonaliśmy sami – ryba ma swoją miejscówkę. Maksymalna głębokość wody to 5 metrów, które przypadają na rów przebiegający przez środek jeziora. Ale nie tylko środek wody niesie ze sobą atrakcje. Cztery do pięciu metrów od brzegu mamy na przykład zejście na 3,5 metra, które kawałek dalej wypłyca się do 2 metrów tylko po to, żeby niemal „za płotem” ostro zejść do 5 metrów. Trzeba przyznać, że kiedy członkowie naszego teamu oraz zaproszeni przez nas znajomi karpiarze ruszyli na eksplorację dna echosondą, to miała ona co robić. Pytanie o dno rodzi automatycznie kolejne: jaka roślinność nas tam spotka? Jako że nasza wizyta wypadła w końcu października, nic nie kwitło, nic nie pyliło i to, co zaobserwowaliśmy, to niejako niezmienna flora nad tym akwenem. Trzcina i tatarak porastają brzegi jeziorka (nie stanowiska), na wodzie spotkać można grążel żółty, a pod wodą – rdestnicę. Zwalonych pni, konarów i zaczepów nie stwierdziliśmy, a mieliśmy na to szansę, gdyby w niej były, bo naprawdę intensywnie przeczesywaliśmy wodę podczas naszych minizawodów.

Co żyje w wodzie, oto jest pytanie. Z potencjalnych wygryzaczy, wyjadaczy i przecinaczy naszych przynęt i zestawów obecny jest jedynie rak amerykański, który niestety – jak w wielu miejscach, tak i tutaj – wyparł rodzimy gatunek raka szlachetnego. Poza rakami tym, kto może nas ubiec w walce o nasze PB na tej wodzie, jest… orzeł. Jego majestatyczne przeloty nad wodą budzą zachwyt, ale i lekkie wkurzenie. Cóż, gniazduje nieopodal, więc ma prawo pierwszeństwa przed nami, intruzami. Rzecz najistotniejsza dla nas karpiarzy, czyli rybostan. Ten zastany pierwotnie w toni przez gospodarzy wody jest na dobrą sprawę nieznany, ale nasze spotkanie odbywające się w gorącej atmosferze, choć w niemal mroźnej już aurze, dowiodło, że ryby były tam już przed zarybianiem, o czym napiszę niżej. Pierwszy karp został złowiony przez nas niemal z marszu, właściwie moment po wywiezieniu zestawu, ale za to po niezłej walce w czasie holu. Drugi – niewiele później, a kolejny – po 1,5 doby. Jak na zasiadkę na nieznanej wodzie, przed zarybieniem i w mocno niesprzyjającej temperaturze, zarówno wody, jak i powietrza, to naprawdę nieźle. Dla zainteresowanych, dotychczasowy rekord łowiska wynosi 13,1 kg, więc jest się o co bić, żeby go przebić. Wracając do kwestii zarybienia, to gospodarze, już kiedy byliśmy na miejscu, mieli plan dokonania go jeszcze tej jesieni (’16), i tak się stało. W listopadzie zostało wpuszczonych do wody 60 karpi, w tym jedna dwudziestka. Reszta to 4 ryby w wadze 18 kg – 19 kg, większość – 15, a żaden z miśków, który znalazł dom w kiełpińskiej wodzie, nie schodzi poniżej 10 kilogramów. Zdecydowanie jest więc na co się ustawić na wiosnę. Tym bardziej, że wtedy będzie można już cieszyć się na stanowiskach prądem, który tym z nas, którzy nie mogą się obejść bez zdobyczy cywilizacji, bardzo ułatwi życie.

Planowane jest również dyskretne oświetlenie wody wokół, co sprawi, że możliwy będzie spacer bez latarki i obawy o połamanie sobie nóg. Jeśli jesteśmy już przy udogodnieniach, to – ponieważ brzeg jeziora bywa kłopotliwy do przebycia ze wszystkimi karpiarskimi bambetlami, kiedy spadnie deszcz i pojawi się błoto – zostaniemy (jeśli sobie tego zażyczymy) przewiezieni na nasze stanowisko quadem, co wyjątkowo usprawnia cały proces rozkładania biwaku, o czym przekonaliśmy się na własnej skórze. Oczywiście ta przysługa jest już w cenie zasiadki. A same stanowiska oznaczone są ręcznie robionymi tabliczkami, z ich nazwami, znanymi pewnie niektórym z harcerskich obozów. W naszej wyprawie uczestniczyli sami karpiarze, więc skupiliśmy się na karpiowaniu i integracji teamowej. Natomiast to, co w Kiełpinie jest świetne, to to, że jest to miejsce właściwie dla każdego. To, jak został pomyślany cały koncept Przystanku Kiełpin, dobitnie to podkreśla. Teren jest przyjazny dla wędkarzy i wiadomo, że w ich rewiry nikt się nie zapuści, ale jeśli zaplanujemy wybrać się nad wodę z rodziną, to mamy gwarancję, że też nie będą się nudzić. Na piaszczystej plaży z pomostem dzieci znajdą dla siebie plac zabaw, nie plastikowy i pachnący Chinami, lecz naturalny, wtopiony świetnie w krajobraz. Sama nie mogłam się oprzeć pokusie pobujania się na nietypowym hamaku w kształcie łapacza snów – frajda gwarantowana. Teren zamieszkuje też królik-miniaturka o wdzięcznym imieniu Królik, żyjąc na wolności, ciekaw jest jednak kontaktów z ludźmi. W ogóle bliskość z naturą i zwierzętami to cel przyświecający twórcom Przystanku. Tu każde zwierzę znajdzie swój dom (dosłownie), i z każdym można będzie się poznać na terenie 3-hektarowego minizoo. Od innych tego typu inicjatyw tutejsza różni się tym, że u kiełpińskich zwierząt to my jesteśmy gośćmi, a one gospodarzami, żyjącymi po prostu na wolności. Jeśli rodzina, którą weźmiemy nad wodę, nad biwakowanie w namiocie przedkłada łóżko, to dostępne są również pokoje, w których można się zatrzymać.

Ja z tej opcji skorzystałam, uznając, że wyczerpałam już limit nocy pod gwiazdami na ten sezon. Są też ogólnodostępne łazienki, prysznice i kuchnia, jeśli ktoś odczuje potrzebę ugotowania czegoś innego niż jajecznica na kuchence na butli. Na naszym zakończeniu sezonu skorzystaliśmy też z opcji „integracyjnej”, gdzie gospodarze przygotowali dla nas jagnię pieczone nad ogniskiem, które to jagnię stanowiło bazę dla naszych żołądków, przed wieczornymi długimi Polaków rozmowami. Żałowaliśmy niezmiernie, że na nasz przyjazd nie była jeszcze gotowa sauna, bo wizja rozgrzania się, a potem skoku do lodowatej wody, pojawiała się w naszych rozmowach wielokrotnie. Teraz przybytek ten stoi już gotów i czeka na nowy sezon. Długie zimowe wieczory gospodarze wykorzystali nie tylko na dokończenie bani, ale również wcielili w życie projekt eko-żywności, produkując fantastyczne musztardy i ręcznie robione, wędzone twarogi. Trzeba przyznać, że pomysłów twórcom Przystanku Kiełpin nie brakuje, a takich ludzi trzeba cenić. Wrócimy tam z pewnością na wiosnę, żeby już w pełni (bez chuchania w dłonie) zakosztować wszystkich specjalności tego miejsca. A ile to wszystko kosztuje?

Doba na łowisku karpiowym to cena 60 zł, z osobą towarzyszącą dodatkowe 10 zł. Dzieci do 15 lat nic nie płacą, a łowiące – 50 % stawki. W tę cenę wliczone jest nielimitowane użytkowanie łazienek, pryszniców, kuchni i rozkoszowanie się – prócz karpiowania całą fantastyczną atmosferą tego miejsca. Wynajęcie sauny, do której wejdą 4 osoby, to koszt 40 zł. Łóżko w pokoju to 50 zł za dobę. 

Skomentuj