Zapomniane wody
Zapomniane wody

Przetłumacz:

W dzisiejszych czasach odkrycie tak zwanych białych plam na mapie karpiowych wędrówek wydaje się być równoznaczne trafieniu szóstki w totka. Czy można znaleźć wody nieskalane ręką karpiarza? Myślę, że jeszcze niejedną.

Średnia ocen:

To zazwyczaj małe zbiorniki, często płytkie, z brzegami nienadającymi się do wygodnego rozłożenia obozu. Często z trudnym dostępem. Czasem skrywają tajemnice odkrywane tylko przez konsekwentnych i żądnych przygody karpiarzy. W większości nawet małych bajorek czekają na nas czasami niespodzianki. Im większa niewiadoma, czego możemy się spodziewać, tym większa satysfakcja ze złowionej ryby. Łowiska komercyjne, pomimo tego że czasem potrafią być trudne technicznie, nie dają nam nigdy tego lekkiego dreszczyku emocji. W końcu znamy największe ryby, które były złowione na tym łowisku. Oczywiście liczymy na spotkanie z nimi. Jednak nie równa się to z sytuacją, kiedy przy piknięciu sygnalizatora nie wiemy, czego się spodziewać. Tajemnica, która otacza nawet niewielką sadzawkę, jest tym, co lubię najbardziej. Wody często o dużej presji wędkarskiej, nad którymi jest pełno osób łowiących na spławik i feedery, gdzie słychać opowieści o zerwanych zestawach i taaakiej urwanej rybie, powinny zawsze być brane pod uwagę.

Kolejna woda pod lupą.
Kolejna woda pod lupą.

Znam wiele takich zbiorników, jednak – jak większość z nas – często nie mam czasu, aby przyjrzeć się bliżej takiej wodzie. Zasiadkę na takim „białym kruku”, o którym wiem od kilku dobrych lat, udało mi się zrealizować trochę z przypadku. Pierwszy raz byłem nad tą wodą dwa lata temu. Udało się troszkę popływać pontonem ze stukadełkiem. Jednolita struktura i głębokość wody – notabene bardzo płytkiej, bo w granicach metra – nie dały mi żadnych wskazówek, gdzie najlepiej poszukiwać karpi. Jedynie zapewnienia właściciela wody o wpuszczanych kilka lat temu tarlakach karpia od dłuższego czasu nie dawały mi spokoju. Jak do tej pory nigdy te ryby nie były złowione... Woda, pomimo że znajduje się na obrzeżach miejscowości, w sąsiedztwie budynków, jest bardzo urokliwa. Jeden z brzegów to aleja starych drzew – część parku dworskiego z XVIII wieku. Sam zbiornik prawdopodobnie jest pozostałością po dawnych włościach i służył za staw hodowlany – a jakże inaczej – karpiowy. Brzeg od drogi głównej porośnięty jest szczelnie drzewami i krzewami, a na przeciwległym rosną piękne wierzby płaczące. Woda ma powierzchnię około 0,5 ha. Dość dużo czasu minęło od momentu, kiedy oglądałem tę wodę do dnia, kiedy mogłem wreszcie rozłożyć karpiówki na jej brzegu. W końcu przy okazji rodzinnego wyjazdu do właściciela wody nadarzyła się okazja sprawdzenia, co w tej wodzie „piszczy”. Wyjazd rodzinny niestety wymusił na mnie ograniczenie czasu, jaki mogę poświęcić na samo łowienie.

Na małej wodzie minimalizm.
Na małej wodzie minimalizm.

Do dyspozycji miałem tylko jedną nockę. Dno zbiornika nie ma żadnych urozmaiceń, postanowiłem więc poszukać jakiegoś ciekawego miejsca w linii brzegowej i moje zestawy wylądowały tuż pod nawisami gałęzi wierzb muskających powierzchnię wody. Zestawy opuszczone ze szczytówek wędek oraz parę garści kulek i pelletu. Ja, aby zachować ciszę, zaszyty w samochodzie około 20 metrów dalej. Zestawy zarzuciłem około godziny 19.30, więc wycie centralki 2,5 godziny później po prostu wyrwało mnie z butów. Zanim dotarłem do wędek, szpula mojej Okumy zdążyła się już prawie zapalić. Wyhamowanie rozpędzonego pociągu zajęło chwilę, jednak każde kilka metrów odzyskanej żyłki było kwitowane kolejnym pięknym odjazdem. Ryba na płytkiej wodzie nie muruje do dna, lecz stara się ratować ucieczkami. Z taką sytuacją jeszcze nie miałem do czynienia. Przeciąganie liny trwało kilkanaście minut, po czym mój przeciwnik zmienił system próbując parkingów w przybrzeżnych zawadach. W końcu zmęczony skapitulował i pozwolił się wprowadzić do podbieraka. Pięknie wybarwiona ryba, którą oceniłem na 9-10 kg. Szybka sesja i zwróciłem jej wolność. Do rana poza piknięciami obskubujących kulki karasi nie zdarzyło się nic więcej. Kolejny wyjazd nad tę wodę udało się zorganizować już po kilku tygodniach. Tym razem ze znajomymi. Nocka nie przyniosła nam rezultatów. Jednak do popołudnia udało się wyholować dwie ryby w granicach 3-4,5 kg oraz… mojego znajomego z ostatniego wypadu. Tym razem mamy okazję rybę zważyć, a waga wskazuje 9 kg. Niewielka ryba, lecz z jak wielkim temperamentem. Po cichu liczę, że nie jest to jedyna spora, ani też największa, ryba pływająca w tym stawiku. Na pewno będę chciał to jeszcze sprawdzić. Ryby są tu bezpieczne pod prywatnym okiem i jeśli dopiero my mieliśmy przyjemność je wyholować, mogą poczekać na przyszły sezon.

Niepozorne wody potrafią skrywać takie piękności.
Niepozorne wody potrafią skrywać takie piękności.

Kolejna woda, którą postanowiłem odkryć, a raczej sobie przypomnieć, to starorzecze, na które jeździłem z dziadkiem ponad 20 lat temu. Żeby było ciekawiej, to woda, na której złowiłem swojego pierwszego w życiu karpia. Mógł mieć około 3,5-4 kg i wtedy wydawał mi się olbrzymi. Do końca życia jednak będę pamiętał niesamowitą waleczność tej ryby. Nic dziwnego, że po kilkunastu latach pasja wróciła i karpiarstwo zagościło w moim życiu. Wracając jednak do samej wody… Ostatni raz byłem tu w 2007 roku. Jest to dla mnie magiczne miejsce. Malownicza skała na środku wody, która oderwała się od zbocza w latach 40. ubiegłego wieku. Wysokie topole, gąszcz wikliny i dzika winorośl oplatająca jeden z brzegów, wybarwiająca się jesienią na czerwony i bordowy kolor. Krzewy kaliny i dzikiego bzu. To wszystko tworzy niesamowitą kompozycję. Przyroda jest jednak najwspanialszym architektem. Dodatkowo dla mnie jest miejscem szczególnym, bo przypominającym czasy późnego dzieciństwa. Ostatnio przy okazji główkowania i poszukiwania „białych kruków” przypomniałem sobie o tej wodzie. W końcu postanowiłem pojechać na rekonesans. Kiedy udało mi się przedrzeć przez krzaki i stanąć na płaskiej skałce wychodzącej na wodę, musiałem zmierzyć się ze sprzecznymi uczuciami. Owszem przede mną rozpościerał się niesamowity widok prawdziwej dziczy – niesamowite miejsce jak z bajki. To pierwsze wrażenie było tak silne, że po prostu usiadłem pokontemplować widok. Później dopiero przyszła chłodniejsza kalkulacja. Kiedy byłem tu w 2007 roku, wody było znacznie więcej. W tej chwili zbiornik zaczął zarastać i widać było, że w perspektywie lat przybrzeżna roślinność, która już mocno wdarła się w obszary, gdzie kiedyś była woda, pochłonie ją całkowicie. Pozostanie pewnie jedynie koryto przepływającego przez starorzecze potoku. Woda w głębszych miejscach pozbawionych roślinności jest jednak niesamowicie zmącona. Przekopana przez ryby. Drobnych ryb widać mnóstwo, a więc staw nie przemarza.

Sprawdzona zanęta na otwarcie nieznanej wody.
Sprawdzona zanęta na otwarcie nieznanej wody.

Ostatni raz woda była zarybiana kroczkiem około 1996 roku. Czy jakieś karpie mogły się w niej uchować do tej pory? Patrząc na przykłady podobnych brytyjskich bajorek, gdzie ryby żyją nawet 30 lat w skarłowaciałej formie, nie osiągając wagi większej niż 4 kg, jest to teoretycznie możliwe. Na pewno chciałbym złowić taką rybę z czasów mojego dzieciństwa. Z drugiej strony – może lepiej pozostawić tę wodę dziewiczą. Być może eksploracja zabije jej magię? Sam nie wiem. W tym sezonie pozostawię ją chyba w spokoju… A może w środku miasta? Słowacja. Ilekroć wyjeżdżam na urlop bez wędek, mimowolnie życie prowadzi mnie w jakieś miejsce związane z moim hobby. Widać jestem na to skazany, bo przy krótkim spacerze natrafiam na staw parkowy, a jednocześnie zbiornik wody przeciwpożarowej. Bajorko w środku miejscowości – powierzchni około 0,3 ha. Słowaccy dziadkowie ze spławikami. Nic takiego. Gdyby nie fakt, że pod powierzchnią bystre oko dostrzega ciemne grzbiety ośmio- czy dziesięciokilometrowych karpi. Dar czy przekleństwo? Zaczynam niezobowiązującą rozmowę z uprzejmym starszym panem. Tak, owszem są... Jest ich kilkanaście, ale nikt jeszcze ich nie złowił... Przypominam sobie, że w bagażniku samochodu leży kobra i pół opakowania kulek z ostatniego nęcenia gminnej wody. Hmm, a może przy kolejnym spacerze posłać kilka kulek do wody? Rano pobudka i realizacja planu. Strzelam kilkadziesiąt kulek w miejsce, gdzie wczoraj widziałem karpie i rozsiadam się na parkowej ławeczce. Po niespełna 20 minutach widzę bąblowanie w miejscu nęcenia. Wiem, że tu na pewno wrócę, ale z karpiówkami…

W otoczeniu starego parku dworskiego.
W otoczeniu starego parku dworskiego.

Gminna woda. 6,5 hektara. Stare, 20-letnie wyrobisko. Mój pierwszy sezon podejścia do tej wody – katastrofa. Trzy niespełna 4-kilogramowe karpiki. Moc zielska przypominająca Gosławice w zmniejszonej skali. Ta woda dała mi nieźle popalić. Czułem pismo nosem, że muszą tam pływać stare karpie. Kolejny sezon postanawiam bardziej przyłożyć się do tej wody. Na wodzie można łowić z rzutu. Od końca kwietnia trzy razy w tygodniu melduję się ze spombem lub kobrą i torpeduję okolicę zatopionych krzaków, a po prawie trzech tygodniach pierwsza zasiadka. Nie nastawiam się zbytnio. Wyjazd na jeden dzień. Nęcenie o świcie i zestawy lądują na miejscówce, a ja z kubkiem kawy zatapiam się w książkę. Do popołudnia na macie lądują już jednak pierwsze kilkukilowe karpiki. Kolejny tydzień nęcenia i znowu szybka zasiadka. Około południa kolejna książka czytana dla zabicia czasu wypada mi z ręki, bo sygnalizator drze się wniebogłosy. Niestety ryba nie ma zamiaru się zatrzymać i pakuje się prosto w zatopione krzaki. Cierpliwie kombinuję, jak wydłubać ją z zawad. Niestety po kilku minutach czuję luz i ściągam zestaw z przetartym przyponem. 30 kulek z kobry i zestaw z nowym przyponem wraca na miejsce. Około 16.00 kolejne branie, a po emocjonującym holu w koszu podbieraka ląduje największy mój karp z „dzikiej wody”. Piękny lustrzeń o wadze 17 kg naznaczony bliznami, z pyskiem, który bez problemu mógłby zassać kulę wielkości mandarynki. Wiem, że są większe... Niestety woda w tym momencie jest nieprzychylna karpiarzom. I jeśli nie zmieni się dzierżawca, łowienie na niej nie będzie należało do przyjemnych. Skąd fascynacja takimi wodami? Takie wody nie dają możliwości „nałowienia się”, wypracowania kilkunastu brań. Często zjedziemy z nich o kiju. A przy dużej dawce szczęścia może uda nam się złowić rybę nieprzekraczającą 10 kg. Ale czy naprawdę chodzi o pogoń za swoim nowym PB, +20 czy +30 kg? Wyholowanie 300 kg „mięsa” w weekend? Czy na pewno o to chodzi? Byłbym hipokrytą, gdybym napisał, że nie lubię łowić na tzw. komercjach.

Woda z czasów mojego dzieciństwa.
Woda z czasów mojego dzieciństwa.

W połowie sezonu jednak przychodzi zmęczenie takimi wodami i szukam miejsc, gdzie przede wszystkim nie muszę konkurować w ilości wrzucanej zanęty czy ilości wyholowanych ryb. Pragę odskoczni od towarzyskich wyjazdów. Chcę swojej samotni sam na sam z rybami, które nigdy nie leżały pokonane na macie. Na wodach, gdzie nasz widok budzi lekką drwinę i klasyczny tekst „Panie, tu nie ma ryb”. I tu na koniec opowiem o przygodzie moich przyjaciół, Kamila i Krzyśka, którzy postanowili spróbować sił na małej gliniance PZW. Nawet Krzysiek obstawiał, że nie ma tam ryby większej niż 4 kg, a jedna z pierwszych nocnych zasiadek przyniosła mu piękną rybę o masie 13,5 kg. Na mojej karpiowej mapie jest jeszcze wiele „białych kruków”. Co najbardziej mnie w nich kręci, to tajemnica tego, co może w nich pływać. Łowiska komercyjne nie dają takiego dreszczyku emocji, kiedy odzywa się sygnalizator. Może w tych małych czy większych, zapomnianych przez karpiarzy, wodach pływa nasza ryba życia? Na pewno mieszka tam przygoda. A czy ryba życia musi być wielka? Może chodzi tu o coś zupełnie innego?

Ilość komentarzy: 1
Mateusz Koczowski
2018-01-02 09:02:27
Super artykuł!!!
Skomentuj