Szybka zmiana taktyki

Przetłumacz:

Sezon karpiowy trwa u mnie cały rok, ale czasu na długie karpiowe zasiadki jest coraz mniej, dlatego każdej mojej wyprawie towarzyszy szereg przygotowań i duże podekscytowanie.

 

Średnia ocen:

Nigdy do końca nie wiem, co mnie czeka nad wodą, nawet gdy jest to łowisko, które odwiedzam od lat. Zawsze pozostaje pewna niewiadoma i zawsze zastanawiam się, jaki sposób na przechytrzenie karpi obrać, aby moja zasiadka była owocna, a przy tym przyjemna i ciekawa. I tak było tym razem, gdy odwiedziłem wodę, którą dobrze znałem i która kolejny raz mnie zaskoczyła.

Trudna woda PZW wymaga dużego zaangażowania w przygotowanie łowiska. Efekty przyjdą, jeśli będziemy konsekwentni.

Planowanie

Analizując pogodę przed wyjazdem nie byłem zadowolony, warunki nie napawały optymizmem. Pogoda szalała, raz słońce, raz deszcz, raz grad, ale – co najważniejsze – od kilku dni wiał zachodni wiatr, co na tej wodzie zawsze rokuje dobre żerowanie ryb. Myśl o komforcie idzie zatem w zapomnienie i zaczynam planowanie wyjazdu. Woda, którą wybrałem, to duża głęboka prywatna żwirownia, nad którą bezpiecznie i komfortowo mam przyjemność łowić już od kilku sezonów. Mając ograniczony czas wolny, nie jestem w stanie wybrać sobie dogodnej pory i najlepszej pogody na karpiowe wyjazdy. Najczęściej wyruszam wtedy, gdy pojawi się taka możliwość. Szybka decyzja, pakowanie ekwipunku, pełne zaangażowanie… Z dużą dozą niesamowitego spokoju i radości, bo przecież znam dobrze tę wodę, wyruszyłem.

Takie widoki rekompensują niepowodzenia.

Wybór taktyki, czyli praca i konsekwencja

Mimo iż wodę znam od kilku lat, zawsze w pełni skoncentrowany przygotowuję plan działania, czyli wybieram miejsce, zanęty i przynęty.

Nieprzypadkowa jest ta kolejność, ale do tego zagadnienia wrócimy. Plan był taki, aby zanęcić drobno micropelletami i dość szeroko pokruszonymi kulkami, a to dlatego, że woda nie miała wysokiej temperatury. Zasada: niewiele, ale treściwie, z zamysłem ściągnięcia ryb w moje miejsce. Wcześniej dokładnie badam dno, sprawdzam głębokości, szukam odpowiednich miejsc na położenie zestawu i zanęty. Robię to – jeśli jest taka możliwość – z pontonu, przy pomocy echosondy, ale zawsze wspomagam się stukadełkiem, które potwierdza mi głębokości i – co najważniejsze – rodzaj dna. Ten przyrząd jest naprawdę pomocny i nie pamiętam już sytuacji, abym go nie używał. Stukadełkiem doskonale wyczuwam, czy mam do czynienia z dnem żwirowym, kamienistym czy z namułkiem. Badam też, jak stromo nachylone są stoki podwodnych górek, co w kolejnym etapie pomoże mi wybrać odpowiedni zestaw i zanętę. Te czynności trwają zazwyczaj długo, ponieważ ogromną wagę przywiązuje do tego etapu karpiowej zasiadki. Moim zdaniem jest to jeden z najważniejszych i kluczowych elementów naszej wyprawy, który przyczyni się w kolejnym etapie do naszej porażki lub sukcesu. Źle wybrane miejsce położenia zestawu, źle dobrana zanęta, nieodpowiedni zestaw zniweczą nawet wielodniowe oczekiwanie, bo wszystkie te elementy muszą współgrać ze sobą.

Warto niekiedy dokonać pewnych zmian w naszej strategii.

Początkujący karpiarze zbyt dużą rolę przywiązują do samej karpiowej przynęty, a dokładnie do smaku kulki, którą chcą zastosować lub firmy, która ją produkuje, a zbyt mało uwagi poświęcają analizowaniu sytuacji nad wodą i szukaniu odpowiednich miejsc położenia tej przynęty, co nie jest zadaniem trudnym, ale wymaga zaangażowania i czasu. Pośpiech w tym momencie nie jest wskazany. Lepiej trzy razy sprawdzić dno niż zanęcić i zastanawiać się później, czy aby faktycznie zanęta czy przynęta znajduje się tam, gdzie powinna. Błędy popełnione na samym początku łowienia będą negatywnie odbijać się na późniejszych efektach. Ten etap karpiowania przynosi też wiele satysfakcji. Poznawanie, badanie, obserwowanie zbiornika, cała praca przy markerowaniu czy też sprawdzaniu rodzaju dna to dla mnie jedna wielka przygoda i – choć karpie łowię już od wielu lat – zawsze dobrze się do tego przykładam i sprawia mi to ogromną frajdę. Nawet gdy wodę znam od dawna, często znajduję nowe, ciekawe miejsca, które za każdym razem wzbudzają u mnie ogrom nadziei na złowienie tych karpi, których jeszcze nie dane mi było zobaczyć w tej konkretnej wodzie. Do tego potrzebna jest konsekwencja.

Przyłowy, jakie często odwiedzają nasze pole nęcenia i zbyt częste brania leszczy to sygnał do zmiany.

Oczekiwanie

Po ogromie pracy, jaki włożyłem w przygotowanie łowiska, pozostaje tylko czekać na pierwsze efekty i ewentualnie skorygować wcześniej przygotowany plan. Jeżeli ryby nie pojawiają się w łowisku lub zauważę, że ryba „przechodzi” obok przynęt, ale zestawy nie sprawdzają się, to znak, że trzeba będzie coś zrobić, ale dla mnie to jeszcze nie był ten moment. Realizowałem założony plan. W pierwszą dobę miejsca zanęcone drobnym pelletem 2-4 mm i drobnymi pokrojonymi kulkami odwiedziły bardzo aktywne duże leszcze, które miały wysypkę tarłową, brały z każdego zestawu, na wszystko. Nieistotny był dla nich smak czy rozmiar kulki, potrafią zapiąć się za dolną wargę nawet z dużą przynętą. Przy wywózce, jaką stosowałem na odległość około 200 metrów i to przy silnym bocznym wietrze, brania leszczy, choć pięknych i dużych, trochę pokrzyżowały mi plany.

Efekt przemyślanej zmiany taktyki. Planowe łowienie sprawia ogromną satysfakcję.

Brały nawet na dwie dwudziestomilimetrowe kulki. Najczęściej pierwsze ryby, które podejdą do naszej zanęty, to leszcze lub inne białe ryby. Nie ma w tym nic niepokojącego. Pośrednio chciałem, aby drobna ryba ściągnęła karpie w łowisko. Zazwyczaj nic nie robię w tym pierwszym etapie. O wiele gorzej jest, gdy pierwsze godziny po zanęceniu nie dzieje się nic i nawet nie mamy drobnicy w zanęcie. To dla mnie zły znak, mogłem trafić na nieciekawy, „martwy” rodzaj dna lub deficyt tlenu na tej głębokości. Są to jednak rzadkie przypadki, ale nie możemy ich wykluczyć, dlatego tak dużą wagę przywiązuje do badania i rozpoznania miejsca położenia zestawu. W tym przypadku byłem pewien swojej miejscówki i czekałem na moment, w którym pojawią się w miejscu nęconym – zaciekawione tym lekkim szumem drobnicy w wodzie – karpie. Czy i tym razem tak będzie?

Dobrze dobrany zestaw to bardzo ważny element naszej układanki, bo sama przynęta jest sprawą drugoplanową.

Zmiana taktyki

Jeśli sytuacja się nie zmienia i drobna biała ryba jest w naszym łowisku, ale nie odpuszcza, a karpi nie widać, wówczas musimy podjąć decyzję o zmianie. Jestem zdania, że nie ma możliwości, aby karp nie żerował w całym zbiorniku. Zawsze jakieś osobniki szukają pokarmu, pozostaje kwestia ich znalezienia. Wracając do mojego konkretnego miejsca, leszcze, które były bardzo aktywne i atakowały wszystkie moje zestawy, nie pozwoliły karpiom dostać się do przynęty… Co zrobić w takiej sytuacji, co zmienić? Nie zwlekałem z decyzją, przeanalizowałem sytuację. Dno i głębokości miałem dobre, pozostawało zmienić sposób nęcenia i położenie zestawu. Zrezygnowałem z nęcenia pelletami, w łowisko poszły same 16- i 20-milimetrowe sprawdzone kulki, na które lubię łowić, czyli słodka Morwa i kulki typowo „śmierdzące”, czyli Krab Japoński. Wszystko podbite jasnymi pływakami. Każdy zestaw zawiera co innego, aby sprawdzić, co ryby będą zbierać. Oczywiście miejsca położenia zestawów były w dużych odległościach od siebie i lekko je przesunąłem o kilka metrów od wcześniej podnęconego miejsca, aby znaleźć karpie, które zazwyczaj pojawiają się w niedalekiej odległości od stada żerującej białej ryby. Niewielka ilość kulek rozsypanych dość szeroko i zestawy z kulkami na włosie z wypełnionymi siateczkami PVA, tym razem z całymi dużymi kulkami, powędrowały do wody. Jaki był tego efekt? Od razu zauważyłem różnicę. Pierwsze godziny i żadnego leszcza… A więc czekamy na duże karpie, czy wejdą w łowisko? Nie musiałem długo czekać, zmiana sposobu nęcenia, z zanęt o drobnej frakcji na zanęty w postaci samych całych kulek, przyniosły oczekiwane efekty. Istotną rolę odegrało przesunięcie wcześniej postawionych zestawów z centralnego miejsca nęcenia na obrzeże i głębszą wodę. Karpie prawdopodobnie pojawiały się tam wcześniej, ale nie podpływały do stada żerujących leszczy, krążyły w niedalekiej odległości. To bardzo częsty przypadek. Całe kulki, które rozsypałem w niewielkiej ilości dość szeroko, zmuszały ryby do poszukiwania pokarmu, a siateczka rozpuszczalna PVA z kilkunastoma kulkami pozwoliła na znalezienie mojej kulki na włosie. Przynętą, której użyłem, był bałwanek z dwóch kulek, tonącej i pływającej.

Sposób nęcenia, jaki wybieramy, zdecyduje o naszej porażce lub sukcesie. Jeśli szukamy dużych ryb, to sprawa priorytetowa.

Kulka pływająca była koloru białego, co odróżniało moją przynętę. Te proste zabiegi, ta zmiana pozwoliła mi do końca mojej zasiadki cieszyć się holami pięknych karpi. Wymagało to pewnego zaangażowania i trochę pracy, ponieważ pływanie pontonem w deszczu przy silnym bocznym wietrze nie było łatwe i przyjemne, ale opłaciło się. Pierwszy ryby, które udało mi się wyholować, nie były imponujących rozmiarów, ale w miarę upływu czasu do rozsypanych, całych kulek proteinowych zaczęły podpływać duże pojedyncze karpie, a więc osiągnąłem swój cel. Ten przykład znad wody pokazuje, jak dużo uwagi trzeba poświęcić planowaniu taktyki, jej konsekwentnemu realizowaniu i korygowaniu, aby regularnie, a nie od przypadku, łowić karpie. Sprawdza się w tym pewna zasada, że karpiowanie nie wybacza błędów i lenistwa. Można oczywiście przyjechać nad wodę, wywieźć gdziekolwiek zestawy, coś wrzucić do wody i czekać… Ale czy wtedy uda nam się złowić karpia, po którego przyjechaliśmy, czy będziemy zadowoleni z rezultatów? Osobiście dużo pracy i zabiegów wkładam w moją karpiową zabawę, aby nie wracać o przysłowiowym kiju. To zawsze przynosi efekty w postaci karpi na macie. Nie pamiętam już, kiedy zjechałem, czy to z wody PZW czy prywatnego łowiska bez ryby, czego dowodem są pamiątkowe fotki z pięknymi rybami. Tego i wam życzę.

Skomentuj