Zaloguj

Wydanie 6/2019 - PREMIERA

Mistrzostwa Europy Wschodniej Krichevichi
Mistrzostwa Europy Wschodniej Krichevichi
Paweł Krzemianowski

Rywalizacja jest naturalną, ludzką rzeczą, obecną we wszystkich dziedzinach życia, a zwłaszcza w sporcie. Przecież to o to w nim chodzi: kto szybciej, więcej, z lepszym wynikiem. I o takiej sportowej rywalizacji, w duchu fair play, ale także w duchu pokonywania własnych słabości przeczytacie w tym tekście.

Wracając w 2018 roku z pierwszej edycji Mistrzostw Europy Wschodniej na Ukrainie, byliśmy skołowani i trochę rozbici miażdżącą przewagą ukraińskich ekip nad pozostałymi zespołami. Trauma trwała dłuższy czas, aż tu nagle na jesieni ubiegłego roku otrzymaliśmy propozycję ponownego startu w tych zawodach. Jako kapitan zespołu wiedziałem jedno – w sezonie 2019, jeżeli chcemy wystartować, to musimy wyeliminować popełnione wcześniej błędy i mieć zgrany i skonsolidowany zespół. Wszystko po to, aby tym razem w walce z najlepszymi w Europie mieć równe szanse. Drużynę musieliśmy złożyć tak, aby słabe punkty stały się mocnymi. Mając kilka osób w ekipie umiejących daleko rzucać, musieliśmy dobrać osoby z wysokim morale i charakterem sportowca, który walczy do końca fair play. Udało nam się wśród teamowiczów Invaders znaleźć takie osoby, które chętnie podniosły rękawice. Zarząd PZW w Poznaniu zgłosił naszą drużynę jako swoją kadrę i mogliśmy już oficjalnie szczycić się mianem reprezentantów PZW z okręgu Poznania. Na zawody zapisaliśmy się pod nazwą PZW Invader.

Wszystkie drużyny na podium.

Treningi zaczęliśmy już zimą, wyjeżdżając w plener i ćwicząc same rzuty. Kompletowanie sprzętu szło mozolnie, gdyż uzbieranie odpowiedniego ekwipunku, który wytrzymałby stawiane wymagania i obciążenia, wcale nie było proste. Wybór dla nas był jasny i czytelny – sprawdzony sprzęt od Orient Rods, a spożywka karpiowa tylko z rodzimej firmy Invader. Jako że na tego typu zawodach łowi się szybko i zazwyczaj na małe przynęty, musieliśmy w naszej kuchni przygotować kilka specjalnie dedykowanych tym zawodom „rarytasów”. Umówiliśmy się też na odbycie minimum jednego treningu przed zawodami na tej wodzie, na której odbędą się zawody.

Wiedzieliśmy, że drużyny z Ukrainy mają tę wodę rozpracowaną, dlatego nam potrzebny był trening i zaznajomienie się z tym zbiornikiem „inaczej” niż na samych zawodach. Trzy tygodnie przed zawodami pojechaliśmy na Ukrainę w kilka osób, by sprawdzić swoje słabe i mocne strony oraz zweryfikować plan odnośnie stosowania przynęt i zanęt. Trening był udany. Połowiliśmy sporo ryb, pomimo bardzo niesprzyjającej aury pogodowej, mrozu, śniegu i wichury. Woda była bardzo zimna, a mimo tego atrakcyjność naszych przynęt okazała się silniejsza niż ospałość karpi. Na treningu zrealizowaliśmy plan taktyczny w 80 procentach, sprawdzając i ustalając taktykę przed zawodami i zestawiając ze sobą osoby pod względem charakterów i umiejętności.

Sprzęt w akcji.

W miarę zbliżania się startu wszyscy wypełniali wyznaczone obowiązki, jak np. wiązania pva, przyponów, przygotowywania ziaren, kulek i ogólnie składania planu taktycznego w jedną wielką całość. Wyjazd na zawody odbył się bez zbędnych problemów. Nikt nie zapomniał paszportu, aczkolwiek na granicy po stronie ukraińskiej pani celniczka nie chciała wpuścić nas do kraju ze względu na duże ilości zbyt aromatycznych zanęt na karpia. Po dłuższych rozmowie i negocjacjach udało nam się już bez problemów dotrzeć do wyznaczonego miejsca na jeziorze Krichevichi.

Zawody według zasad międzynarodowej federacji FIPSED, choć wydają się mieć skomplikowany regulamin, są równe dla wszystkich. Zbiornik, na którym odbywają się zawody według tych zasad, zostaje podzielony na 3 sektory, w których wyznaczane są miejsca łowienia. Zespół dzieli swoją ekipę na trzy drużyny i zapisuje na karcie zawodników, wyznaczając jednocześnie trenera upoważnionego do przemieszczenia się pomiędzy poszczególnymi sektorami, nawet w nocy. Następnie losowane są sektory dla poszczególnych drużyn, a na końcu wyciąga się kule z zaznaczonymi miejscami, które należy zająć w już wcześniej wylosowanych sektorach. Właśnie w ten sposób, wypełniając procedury krok po kroku, zostaliśmy podzieleni i rozmieszczeni po całym zbiorniku. Pogoda niestety i tym razem nie była łaskawa. Długotrwały deszcz spowodował, iż na grobli dookoła jeziora rozmiękła glina zatrzymywała samochody i paraliżowała płynny ruch, opóźniając rozłożenie klamotów na stanowiskach.

W oczekiwaniu na branie - sektor A.

W tym miejscu muszę zrobić duży ukłon w kierunku drugiej drużyny startującej z Polski, gdyż podczas tej nierównej walki z pogodą, odczuliśmy realne wsparcie kolegów z drugiej ekipy, którzy z poświęceniem pomagali nam wyciągać samochody z błota i udrażniać przejazd. W takich sytuacjach, kiedy poziom nerwów osiąga wyżyny, miło jest widzieć, iż pomimo rywalizacji można liczyć na rodaków. Po dotarciu z przygodami na swoje miejsca nie pozostało nam nic innego jak rozłożyć sprzęt w strugach deszczu, i położyć się choć na chwilę spać w ciepłym śpiworze. Noc przed rozpoczęciem zawodów była jak cisza przed zbliżającą się bitwą. Rano, kiedy usłyszeliśmy sygnał startu, poleciały pierwsze zestawy do wody i zaczęło się markerowanie oraz sondowanie dna. Mało kto przystąpił od razu do spombowania, mając nadzieję na złowienie przypadkowych ryb cichaczem bez zbędnego płoszenia. U nas w sektorze B chłopaki mieli ułatwioną sprawę, ponieważ poprzedniego roku zajmowaliśmy to miejsce i mniej więcej wiedzieliśmy, jak tam łowić. Sektor C okazał się sektorem śmierci, gdyż jego ułożenie, mroźny wiatr i stacjonowanie ryb nie ułatwiały w tym rejonie zawodnikom nawiązania realnej walki z innymi sektorami. Tam liczyła się każda ryba. Pomimo tego słabego ulokowania nasza drużyna wydłubała z tego miejsca kilka ryb, zdobywając jeden, jakże cenny, jak się później okazało, punkt.

Drużyna w sektorze C podczas działań operacyjnych.

Sektor A był w miarę równy i zasobny w ryby. Wszystkie kładki łowiły dość podobnie sporą ilość ryb, rywalizując każdy z każdym o fotel lidera w sektorze. Natomiast koledzy z sektora B wyrobili sobie znaczną przewagę nad innymi drużynami, tylko raz tracąc po nocy pozycję lidera. To podziałało na nich jak płachta na byka i bardzo szybko odrobili straty, nie oddając już do końca zawodów pierwszej lokaty w sektorze i doławiając nawet największą rybę zawodów. Karp ten okazał się także nowym rekordem życiowym naszego kolegi z teamu, który na kładce zamienił się w rasowego „sierżanta”, nie pozwalając kolegom z drużyny spać ponad ustalony czas.

PB kolegi Marcina - big fish zawodów - sektor B.

Nie wszyscy wiedzą, iż na takich zawodach należy narzucić sobie ostry reżim i - chcąc wygrać - trzymać się go do końca, bez względu na okoliczności. Wędki muszą być przerzucane zarówno w dzień, jak i w nocy, bardzo regularnie. Nęcenie również powinno odbywać się stale i w zależności od podłoża, tak dobrane, aby ryby wabić a nie płoszyć. U nas taktyka była stała, lecz niestety słabym punktem, jak i w poprzednim roku, okazały się nocki. A straty musieliśmy odrabiać za dnia. Ryba ogólnie nie żerowała w całym łowisku, a najczęściej łowiliśmy ryby w obszarach, gdzie miejscowi kładą swoje zestawy. Skąd ta wiedza? Wyciągaliśmy często kilometry żyłek wraz z ciężarkami, koszykami do metody właśnie z takich miejscówek z zaczepami. Tam ryba się gromadziła, a my sukcesywnie ją wyławialiśmy, zwiększając przewagę nad rywalami. Przez cały czas trwania zawodów utrzymywaliśmy mocną, drugą lokatę w generalce i niezagrożoną pozycję pierwszą w sektorze B. Decydujące starcie rozgrywało się w sektorach A oraz C. Walka o każdy punkt w tych sektorach była bardzo zaciekła do końca trwania zawodów.

Nierzadki widok w sektorze B - komplet ryb.

Ostatni wieczór przed końcem zawodów zadziwił nas i tchnął ducha optymizmu w nasze serca. W generalce zajmowaliśmy 1. miejsce i wypracowana przewaga dawała realne szanse na utrzymanie tego wyniku do końca zawodów. Niestety przez ostatnią noc nie złowiliśmy żadnej ryby, zaliczając dwie spinki i tracąc drugie miejsce w sektorze A oraz jeden cenny punkt na wagę zwycięstwa. Obserwując sąsiadów, którzy podawali do ważenia wiele worków z rybami, wiedzieliśmy, że lecimy w dół w klasyfikacji. Pytanie tylko, jak daleko? Utrata tytułu mistrza Europy Wschodniej zabolała tym bardziej, iż cały zespół przepracował te zawody i dał z siebie naprawdę wszystko. Na rozdaniu nagród nie wiedzieliśmy do końca, które miejsce ostatecznie zajęliśmy. Wiedzieliśmy na pewno, iż utraciliśmy pierwszą lokatę. Pytanie tylko, jak nasza przewaga wypracowana podczas dobrej passy zaważyła na ostatecznym wyniku? Spekulacji, obliczeń było bez liku i każde mało wiarygodne.

Wyczytywanie zwycięzców organizatorzy rozpoczęli od nagród pośrednich, powoli budując atmosferę i potęgując napięcie. Kiedy wyczytano 3. miejsce, które zajęła ekipa z Odessy (Ukraina), wiedzieliśmy, iż zdobyliśmy tytuł wicemistrza Europy Wschodniej, pokonując Lwa (dwukrotnych Mistrzów Świata) na jego terenie. Radości, okrzyków łez wzruszenia nie było końca. Odebraliśmy jeszcze nagrody za poszczególne miejsca drużyn z największą ilością złowionych ryb na kładce – kolejno 2. i 4. oraz nagrodę za największą rybę zawodów. W sumie złowiliśmy też, jako zespół, największą ilość kilogramów ryb podczas trwania turnieju, czyli 476,96 kg, zdobywając punktów 8. Pierwsze miejsce zajęła ekipa z Białorusi 7 pkt – 355,60 kg, trzecie - Pirania Odessa 8 pkt - 340,94 kg, czwarte - zespół Mistrzów Świata Krichevichi 8 pkt – 266,77 kg, piąte - drużyna z Polski 14 pkt – 122,2 kg.

PZW Invader po wręczaniu nagród.

Gdy wróciliśmy z przygodami do domu około 1.00 w nocy, czekała na nas jeszcze jedna niespodzianka przygotowana tym razem przez kolegów z Teamu Invader. Zaskoczyła nas do tego stopnia, iż tylko ciężkie krople deszczu maskowały nasze kolejne wzruszenie. Był szampan, odpowiednia oprawa muzyczna i szczere gratulacje mimo późnej pory i ulewy. Właśnie w takich chwilach uświadamiamy sobie, po co tworzymy grupy, teamy itd. Nie dla testów produktów czy też innej propagandy, a właśnie dla bycia częścią grupy, która wspiera się na dobre i złe w naszej pasji.

Podsumowując chciałbym pokusić się o małą dygresję na temat głównego czynnika sukcesu. Świadomie w tekście powyżej umieściłem niewiele informacji o produktach i szczegółach zastosowanych zestawów, więcej miejsca poświęcając współpracy zespołu, obranej wspólnej taktyce i zaangażowaniu wszystkich w końcowy wynik. Tylko drużyna, jako jeden organizm, w którym każdy organ odpowiada za swój obszar i prowadzi do celu, jest w stanie wzbić się na wyżyny i pokonać wszystkie przeciwności. Po tych zawodach wiem, iż najważniejszym czynnikiem jest sam człowiek, jego charakter i umiejętność wykorzystania zalet w zespole. Ważniejszym niż osobnicza wiedza czy też umiejętności, które służą tylko zaimponowaniu innym. W takich turniejach nie ma miejsca na indywidualne popisy czy też rywalizację wewnątrz zespołu. Tutaj jest tylko ciężka praca jednostek, wpływająca na wynik końcowy całego zespołu. Dziękuję całej drużynie PZW Invader za ciężką i rzetelną pracę oraz wytrwałość w chwilach słabości. Pozostałym drużynom startującym w turnieju dziękuję za postawienie poprzeczki na wysokim poziomie. Specjalne podziękowania kieruję też do wszystkich sponsorów, którzy nas wsparli i uwierzyli w nasze szanse na tych zawodach.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ