Zaloguj

Wydanie 6/2019 - PREMIERA

Wiosenny start
Wiosenny start
Marcin Burek

Zaczęło się! Z pewnością każdy z was rozpoczął karpiowy sezon. Ja jestem po kilku krótkich zasiadkach. I jak to często w życiu bywa – wcześniejsze plany trzeba było zweryfikować.

Tak jak przeczuwałem, na pierwsze wypady nad wodę nie musieliśmy długo czekać. Zima była nadzwyczaj łaskawa i z tego, co widziałem, to niektórzy karpiarze jeszcze w lutym cieszyli się z pierwszych karpi sezonu. Ja wystartowałem w połowie marca krótkimi kilkugodzinnymi wypadami. I bardziej chodziło mi o „rozprostowanie” żyłek i sprawdzenie sprzętu do nagrywania filmów niż rzeczywiste skupienie się na łowieniu karpi.

Na to miał przyjść czas.

„Złote” branie
Pierwszą weekendową zasiadkę odbyłem pod koniec marca. Bardzo ciepła jak na ten miesiąc pogoda spowodowała, że szybko zacząłem myśleć o karpiach. Przecież czekałem na to całą zimę – mówiłem w myślach i zadzwoniłem do znajomych, by zaplanować wyjazd. W ostatnim artykule pisałem wam o swoich taktykach na wiosenne karpiowanie, przypominając, że jedną z kluczowych kwestii jest wybór niewielkiego łowiska, w którym na wiosnę woda szybciej się nagrzewa. Ja wybrałem mały zbiornik powstały po wydobyciu piachu. Dowiedziałem się, że karpie były już łowione w tym roku, co jeszcze bardziej podkręciło karpiową atmosferę.

Czas oczekiwania.

Na łowisku zameldowałem się w piątkowe późne popołudnie. Po krótkiej pogawędce z właścicielem, zabrałem się do roboty. Ze względu na szybko jeszcze zapadający zmrok nie miałem czasu na spokojne przygotowania. Trzy zestawy rzuciłem już praktycznie po ciemku. Moja taktyka to łowienie z rzutu z materiałami rozpuszczalnymi pod drugim brzegiem. Jeszcze przed wyjazdem zaplanowałem, że będę łowił przy pomocy PVA. „Kiełbaski” i worki wypełniałem stick miksem, drobnym pelletem oraz pokruszonymi kulkami. Po uwinięciu się z wędkarskimi gratami mogłem delektować się pierwszym grillem w 2019 roku. Ale długo to nie trwało. Dźwięk moich nowych sygnalizatorów Prologic K3 szybko postawił mnie na nogi i błyskawicznie dobiegłem do wędki. Nie mogłem szarżować. Bardzo delikatny przypon na haczyku XC7 w rozmiarze 8 spowodował, że musiałem delikatnie holować. Na szczęście udało się i karp trafił do podbieraka. Lustrzeń o wadze 13 kg to - jak dla mnie - super otwarcie sezonu. Ryba połakomiła się na malutkiego pop-upa 8 mm.

Pierwszy karp sezonu 2019.

Bardzo zadowolony rzuciłem zestaw i wróciłem do kolacji. Rozbudzone nadzieje spowodowały, że myślałem o kolejnych braniach. Ale nic z tych rzeczy. Karpie miały inne zdanie i do końca zasiadki praktycznie nic się nie działo. Do momentu, kiedy wynosiłem bagaże do samochodu. Akurat w tym czasie jeden z moich hangerów opadł. Na odpowiednią reakcję było już za późno i ściągnąłem sam zestaw. Szkoda. Zapewne też mieliście podobne historie.

Jak pech to pech
Na kolejną wyprawę wybrałem się w następny weekend. Łowisko komercyjne z dużą populacją karpia, dawało szanse na fajne wyniki. Nie zmieniałem swojej taktyki i dalej trzymałem się punktowego nęcenia. Kombinowałem jednak z zapachami kulek. Choć nie do końca jestem zwolennikiem częstego żonglowania kulkami, to na wiosnę szukam „tej jednej”, która będzie punktować. I tak też się stało. Przypon Ronnie Rig z mocno śmierdzącą kulką pływającą dał mi trzy karpie. Tyle tylko, że żaden z nich nie przekroczył 3 kg. Co więcej, u moich znajomych kompletnie nic się nie działo. A na całym łowisku nie brało nic konkretnego. Tarło płoci oraz wylęg ochotki załatwił sprawę.

Skuteczny Ronnie Rig.

Wróciłem do domu i od razu rozpocząłem przygotowania do następnej, dłuższej zasiadki. Przyszedł czas na dużo wcześniej zaplanowany wyjazd na Uroczysko Karpiowe. Jednak im bliżej było do wyjazdu, tym czułem się coraz gorzej. Jeszcze wieczorem po spakowaniu samochodu liczyłem, że wszystko minie i uda mi się pojechać. Jednak mocniejszy atak zatok spowodował, że nie mogłem spać. Wykończony nie miałem szans, by pokonać prawie 500 km drogi. Wszystko skończyło się siatką leków z antybiotykiem na czele. Złość ogromna. Ale zdrowie mamy jedno.

Czas na „odkucie się”
Chyba nie znam karpiarza, który po takich przeciwnościach losu nie chciałby jak najszybciej pojawić się nad wodą. Jeszcze przed majówką wybrałem się na kolejną weekendową wyprawę. Tyle tylko, że udałem się nad inne łowisko.

Letnie temperatury sprawiły, że po cichu liczyłem na dobre wyniki. Nie myliłem się, bo po przyjeździe nad zbiornik i rozmowach z obecnymi karpiarzami okazało się, że ryby brały. Większej motywacji do działania nie potrzebowałem.

Woreczki PVA to również dobry pomysł na wiosenne karpie.

W porównaniu do moich wcześniejszych wypadów zabrałem ze sobą łódkę zdalnie sterowaną. W planach miałem łowienie z rzutu (delikatne punktowe nęcenie) oraz wywózkę z troszkę większą ilością zanęty. Zasiadka rozpoczęła się spokojnie. W nocy miałem jedno branie, ale zaciąłem na pusto. W tej wodzie pływają amury, więc nie mogłem zlekceważyć nawet kilku dźwięków sygnalizatora. 

Na pierwsze konkretne branie czekałem do sobotniego poranka. Pierwszy karp nie był duży (około 5 kg), ale cieszył. Ryba ponownie „siadła” na przypon Ronnie Rig. Teraz byłem już pewien, że tego przyponu za szybko nie zmienię. Nie kładłem się już spać, tylko zabrałem się za zmianę zestawów. Tafla wody gotowała się. Dawno nie widziałem już takiej ilości spławów. Ale kilka dni bardzo ciepłej pogody spowodowało, że karpie ruszyły do tarła. Oby nie wszystkie, pomyślałem z nadzieją. Oprócz wspomnianego Ronnie Riga na pozostałych wędkach zastosowałem przypony Blow Back Rig oraz D-Rig ze sztywną pętlą, o którym pisałem w poprzednich moich artykułach.

Delikatny, wiosenny zestaw.

Do łódki wsypałem więcej zanęty, na którą składały się pokruszone kulki oraz pellet. I po niespełna godzinie zaczęły się brania. Przez całą sobotę wraz z kolegą Kamilem zaliczyliśmy około dziesięciu odjazdów. Niestety nie obyło się bez spinek. Łowiliśmy w stawie, w którym występuje ogromna ilość grążeli. I mimo że na powierzchni nie było ich widać, to pod wodą były grube konary. Mogło o tym świadczyć chociażby obcięcie leadera, a to nie zdarza mi się zbyt często. Spora ilość brań spowodowała, że zaczęło mi brakować zanęty. Tym razem karpie omijały zestawy z pojedynczą „kiełbaską” PVA i zdecydowanie bardziej chciały bardziej treściwie zjeść.

Wiosenny łakomczuch.

W nocy brania ustały, a to pozwoliło nam odespać wrażenia z sobotniego dnia. Pogoda zmieniła się błyskawicznie i ochłodziło się o niemal 15 stopni. Miało to znaczący wpływ na żerowanie ryb. Na zakończenie całkiem udanej wyprawy Kamil złowił niewielkiego amurka. I mimo padającego deszczu i składania się na mokro, do domu pojechaliśmy w dobrych nastrojach.Teraz przede mną znacznie dłuższe i dalsze karpiowe eskapady.

Oceń artykuł
Średnia ocena artykułu
Skontaktuj się z autorem

USTAWIENIA

Regulamin i polityka prywatności FAQ Dziennik zmian
Wersja 1.0
Korzystanie z aplikacji oznacza akceptację regulaminu. Jeśli jeszcze się z nim nie zapoznałeś, przejdź do zakładki Regulamin i polityka prywatności.
Wydawnictwo AS PRO MEDIA zastrzega sobie prawo do odmowy publikacji reklam i nie odpowiada za ich treść. Żaden materiał z czasopisma nie może być użyty i reprodukowany bez zgody wydawcy. Redakcja zastrzega sobie prawo do skrótów i redagowania zamawianych artykułów.
Świat Karpia, Świat Suma
AS PRO MEDIA
Czytaj czasopismo za darmo!
POBIERZ